stałam w kuchni z brzuchem w rozmiarze XXXL.
Było po 20.00. Benio u teściów, a my z mężem próbowaliśmy dojść do porozumienia w kwestii wigilijno - świątecznego menu odzwierciedlającego tradycje naszych obu ojczyzn. Zadanie niełatwe, bo jak tu rozsądnie połączyć tradycyjną postną wieczerzę polską, z tradycyjną mięsną chilijskim ?
Po ożywionej (jak zawsze) dyskusji udało nam się osiągnąć kompromis (jak zawsze). Zakasaliśmy rękawy i zabraliśmy się za siekanie, wyciskanie, podsmażanie, marynowanie, gotowanie, pieczenie, duszenie i grillowanie (!).
Po 4 godzinach kuchennych akrobacji powstało menu na tyle zadowalające, że postanowiliśmy zakończyć kuchenne harce i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Była 1 w nocy.
O 2 w nocy znajdowałam się właśnie na granicy jawy i snu - człowiek jeszcze nie całkiem śpi, ale już buja w obłokach i ogarnięty jest charakterystycznym błogostanem poprzedzającym kompletny odpływ.
I w tym właśnie momencie odpływ nastąpił.
Tyle, że nie mój w krainę kolorowych snów, lecz moich wód, w których do tego momentu pławił się pisklak odpowiedzialny za XXXL-owy rozmiar mojego brzucha.
Cóż było robić - wstaliśmy i dalejże mrozić i upychać w lodówce przygotowane w pocie czoła smakołyki.
Potem ostatnia w perspektywie nadchodzących tygodni spokojna i relaksująca kąpiel (4.30 nad ranem), lekkie śniadanko (5 rano) i w drogę.
Około 11 pisklak się wykluł sprawiając nam tym samym jedyny w swoim rodzaju, oryginalny i niepowtarzalny prezent gwiazdkowy…
Dziś i jutro świętujemy podwójnie: urodzinowo - wigilijnie, z czego sprawozdanie już w kolejnym poście!
Wasza Ola
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz