niedziela, 6 października 2013

O lamelach, pająkach i eksperymentach na młodszym rodzeństwie

Kilka dni temu u Marcelińskiego coś gdzieś zrobiło klik.
Dziecię zaczęło ni z tego ni z owego namiętnie gadać.

Do tej pory nasze rozmowy, niezależnie w jakim języku, wyglądały tak:

Ja: Marcelinku, powiedz: proszę.
Marcej: Ajdzia.

Ja: Marcelinku, to jest książka/książeczka. Powtórz: KSIĄŻKA/KSIĄŻECZKA.
Marcel: Ajdzia.

Latinolover: Hijo, eso es mani. Di mani. (Synu, to jest masło orzechowe. Powiedz: masło orzechowe).
Marcel: Ajdzia.

Benio (reagując na intensywne wskazywanie przez Marcela czegoś na ścianie): Tak Marcelinku, to jest pająk. Powtórz: pająk.
Marcel: Ajdzia.

I tak dalej.

Aż tu nagle któregoś dnia zamiast „Ajdzia”, pojawiły się słowa! I to na raz w trzech językach!!!
I tak od kilku dni przerabiamy już:

-    posię (proszę)
-    mani (hiszp. Masło orzechowe)
-    ećka (książeczka)
-    anja (interpretacja hiszpańskiego araña - pająk)

A pani w przedszkolu oznajmiła nam, że Marcel mówi też po niemiecku:

- wasia (Wasser - woda)
- byte (Bitte – proszę)
- ato (Auto)
- alen (Malen - malować)
- mich (Milch - mleko)
- danke (Danke - dziękuję)

Do tego w tym samym czasie dzieciak zaczął budować zdania:

-    Mama, oć tu (Mama chodź tu)
-    Mama, da! (Mama, daj)

Niesamowicie śmiesznie się zrobiło wraz z tym powtarzaniem. I w domu i ponoć też w przedszkolu.

Powtarza się schemat, jaki zaobserwowaliśmy u Benia, czyli: Marcel rozumie w polskim i hiszpańskim wszystko. A mówi te wyrazy, które są w danym języku krótsze. Stąd mamy „anja” (araña), a nie pająk. Jeżeli poproszę go o powtórzenie „pająk” nadal mamy „ajdzia”.

Co ciekawe słowa: proszę, cześć, tata, mama, papa (w znaczeniu do widzenia), tak, nie, dziękuję zna we wszystkich 3ech językach i nigdy ich nie myli. Czyli ja zawszę usłyszę „posię”, Latinolover „favol” (por favor), a pani w przedszkolu „byte” (bitte).

W kwestii Benka, mam na dziś tylko 2 rzeczy.

Pierwsza rzecz to rozwiązanie mrocznej zagadki lameli. Otóż, „byliśmy na lamelach” to skrótowa wersja tej oto (usłyszanej przeze mnie w ramach inwestygacji) historyjki:

„Mamo, byliśmy dzisiaj z dziećmi w cyrku i były zwierzątka! Ta małpka taka skakała i miś był. A potem były lamele i Pan powiedział, że Benio może posiedzieć, ale Miriam [wychowawczyni], powiedziała, że nie, ale Benio powiedział, że tak.”

[…]

Ja: A, czyli w końcu siedziałeś na tych lamelach?
Benio TAK!!!!! Siedziałem!!! A Miriam zdjęcia robiła.
Ja: A jak te lamele wyglądały?
Benio: No, nóżki miały.
Ja: A oczka miały?
Benio: Tak, miały. I uszy też. Dwa. I ogonek. I były takie bardzo bardzo milutkie.

[…]

Czyli wiedziałam, że „lamele” to zwierzątka z miękkim futerkiem, na których najwyraźniej można usiąść, czyli musiały być większe od psa, czy kota. Zaczęłam szukać po niemiecku zwierzęcia spełniającego powyższe kryteria i o nazwie brzmiącej podobnie do „lameli”. Pomyślałam o „Kamel” – wielbłąd, ale okazało się, że to nie to. Zaczęłam więc szukać zwierząt na „la” i tu mnie oświeciło:

Ja: Benio, czy ty siedziałeś na lamie?
Benio (głosem rzeczowym i oczywistym): No tak, na lamie siedziałem, mówię Ci przecież.

[…]

Druga rzecz: Dziś chłopcy bawili się w piaskownicy.
Nagle Marcel wyje.
Wylatuję z domu, a tu Benek ładuje mu łopatką piach pod bluzkę, odchylając kurtkę w okolicy szyi.

Ja: Benek!!!!!! Przestań natychmiast!!!!
Benio: Bo ja mama chciałem zobaczyć, czy mu wyleci z tamtej strony.

[…]

Marcel powył kilka sekund, po czym metodycznie i z anielskim spokojem wziął narzędzie zbrodni, podszedł do Benka i wyrżnął go łopatką w policzek pozostawiając mu pokaźnych rozmiarów pamiątkową szramę.

Dobrej nocy
Ola

środa, 2 października 2013

O terapii tapetą

Dziś mi zdecydowanie lepiej. Nie idealnie, ale lepiej. A to za przyczyną zwyczajnej tapety.

Przeglądając Pinterest trafiłam kiedyś na DYIową matę ochronną na biurko. I tak patrząc na porysowany blat mojego biurka pomyślałam, że nie zaszkodziłby mu mały remake.

Oryginalny pomysł polegał na podłożeniu pod przezroczystą matę ładnego papieru do pakowania. U mnie akurat ładnego papieru na składzie nie było, były za to rolki starych tapet, a w piwnicy kawałek szybki z pleksi – pozostałość po maniakalnej wymianie wszystkich szyb w obrazach na pleksę właśnie, która to miała miejsce kilka lat temu.

Tapetę przycięłam, dopasowałam i już:


I jeszcze jedno ujęcie:





I całość:


Idąc za ciosem postanowiłam też dodać wyrazu ochronnej macie podłogowej.

Fotka przed:
Fotka po:
I tyle. Pół godziny roboty, a humor nieznacznie – ale zawsze – się poprawił☺

wtorek, 1 października 2013

O pigułce na zapomnienie

Gdy Benek miał rok bardzo poważnie zachorował. Dłuuuuuugie tygodnie w szpitalu, widok własnego dziecka z mnóstwem rurek i plastrów, wieczny płacz mój, jego, innych dzieci i innych mam skutecznie i chyba na zawsze zmutowały moje ja.

Od tamtego czasu każda jego choroba i każdy stan podgorączkowy to dla mnie mega czerwona flaga i przyglądanie się, czy czasem nie pojawiają się „tamte” symptomy, ponowne przerabianie tego, co było (a ja głupia miałam nadzieję, że z czasem detale się pozacierają), strach, bezradność i panika.

I za każdym razem niezmienny zestaw modlitw i próśb do wszelkich możliwych instancji, żeby było to tylko zwykłe przeziębienie…

I tak za każdym cholernym razem.

Gdy Benek choruje, świat się zatrzymuje. Nic nie cieszy. Nie ma kolorów. Nic nie jest ważne. Dni choroby są jak luka w życiorysie. Zapełnione jedynie wszechobecnym strachem.

A przecież powinnam wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Bo mogło być tysiąc razy gorzej. Tylko jak to zrobić????
Jak się zapomina?
Jakże marzę o pigułce na zapomnienie.
Łykam i wszystkie te przeżycia znikają. I gorączka jest wtedy tylko zwyczajną gorączką, a nie synonimem końca świata.

Tydzień temu Marcel zachorował na anginę, stan zapalny ucha i oczu.
Wczoraj rozłożył się latinolover.
Benek i ja jeszcze się trzymamy.

Mam cichą nadzieję, że może tym razem uda nam się wywinąć szponom choróbska. Ale mój głupi umysł już produkuje znajome obrazy z przeszłości.
Co kilkanaście minut sprawdzam czoło Benka i czuję jak znajomy strach znów zaczyna się sączyć.

A ja znowu zaczynam marzyć o pigułce na zapomnienie…

czwartek, 19 września 2013

O lecie co sobie poszło i lamelach


 Mamo, mamo, dzisiaj byliśmy na lamelach!

To usłyszałam dziś od mojego pierworodnego odbierając go z przedszkola.
Oczy wybałuszyłam. Bo słysząc „lamele”, nie wiem czemu, mój umysł wytworzył skojarzenie z krawiectwem.

A krawiectwo nijak wpisuje się w rzeczywistość przedszkolną.

Czy ktoś domyśla się o co chodziło mojemu dziecku? Ciekawa jestem, jakie obrazki podsuwają Wam wasze beautiful minds ☺ Ja po krótkim wywiadzie doszłam oczywiście do sedna sprawy, ale rozwiązanie zagadki będzie w następnym poście.

Dziś post z serii „ku pamięci”.
Ku pamięci lata, co sobie definitywnie poszło.
Korzystając ze słonecznego (!) jesiennego popołudnia opstrykałam grządki, zagony i donice, coby pamiętać, że w przyszłym roku też mam obficie obsadzić mój hektar, żeby dzień w dzień cieszyć oczęta takimi oto widoczkami:
Dalie:

Eisbegonien:

 Lieschen:

Pelargonie:

Pomidorki:


I zielska:

 Mięta:

 Szałwia:

Bazylia:


Na fotki nie załapały się już przecudne kaskady różowych petunii, bo zadomowiły się na nich jakieś żyjątka, skutecznie biedne petunie wykańczając. W wyszorowanych donicach zamieszkały dziś wrzosy, ale jako że post o leci, to wrzosy nijak się do niego mają.

Marny los spotkał również inne zielska – oregano, majeranek, pietrucha, rozmaryn, kolendra, seler i tymianek: ziółka w ciągu lata z prowokacją kilkakrotnie ścięto, ususzono i wpakowano w słoje.

Dobrej nocy.
O.

środa, 11 września 2013

O jesiennym uszczęśliwianiu

 W papierach niby jeszcze lato, ale patrząc przez okno nie ma co wciskać (sobie) kitu.

Jesień.
Jesień przyszła. Jak co roku wkradła się któregoś wieczora i jest, choć nigdy jej nie zapraszam. A ja, jak co roku, mam ochotę narzekać i żałować lata.
Na szczęście, jak co roku, sprawy bierze w swoje ręce dominujący moją naturę pragmatyzm i zdrowy rozsądek.

Po co się smucić tym, co nieuniknione? Lepiej zrobić sobie listę rzeczy (uwielbiam robić listy), które się w jesieni lubi. Mimo wszystko.

No to zrobiłam i będę ją sobie od czasu do czasu czytać, żeby moje naturalnie nielubienie jesieni z lekka ocieplić:

1. Ulubiony scenariusz jesienny: Dziatwa śpi błogim snem, luby coś tam sobie w pobliżu robi, za oknem słychać kap kap kap, a ja siedzę zwinięta w kłębek w ulubionym kącie sofy (akurat tak, że nie rzucają mi się w oczy nowe plamy po jogurcie) i zamotana w ulubiony koc. W ręku fajna książka, na stoliku dymi gorąca czekolada.

2. Mnie zawsze jest zimno. A jesienią i zimą, bez narażania się na podejrzane spojrzenia, mogę nosić czapki, rękawiczki i szale. Muszę kiedyś policzyć wszystkie moje czapki i kapelusze. Zakładam się, że będzie koło 30! Dużo, jak na kogoś, kto nie lubi jesieni :)

3. Zupa z dyni i sopaipillas (chilijskie racuchy dyniowe). Mega mniam!

4. Zawsze lubiłam kolor świeżych kasztanów, najlepiej takich, które dopiero spadły z drzewa. I zawsze, nawet wtedy, gdy nie ciągnął się za mną dwuosobowy ogon, zawsze lubiłam zbierać kasztany. Co w tym jest?

5. Długie wieczory = gry planszowe wracaja na tapetę po wiosenno letniej odstawce!

6. Widok parku jesienią. Tysiące kolorów, szeleszczące pod stopami liście, jarzębina i dzika róża.

7. Skoro jesień, to niebawem zima. A jak zima to adwent! Mój ulubiony czas w roku. No i wyczekiwanie na święta… I Weihnachtsmarkt… I robienie kartek świątecznych...

Mogłabym kontynuować, ale na dziś wystarczy. Wystarczy, bo chcę jeszcze pokazać co w ramach jesiennego uszczęśliwiania się udało mi się zupełnie spontanicznie zrobić. Otóż wracając z przedszkola zrobiliśmy spacer, z którego przywlekliśmy jesienne zielska - w sam raz na pierwsze jesienne deko:



O i do moich mini butelkowych wazoników też coś:



I jeszcze pokażę Wam, czym uszczęśliwię moją mamę. Oczywiście uszczęśliwianie będzie miało miejsce pod warunkiem, że poczta nie zawali i dostarczy obiekt uszczęśliwiania:






Dobranoc!
O.