Ktośtam, gdzieśtam, kiedyśtam powiedział, że z posiadaniem dzieci jest tak jak z tatuażem na samym środku twarzy: człowiek musi być absolutnie przekonany, że naprawdę tego chce.
Dzisiaj, po całym dniu z moimi dwoma rozwydrzonymi tatuażami przypomniało mi się to zdanie chyba 100 razy…
A wszystko w dużej mierze za przyczyną wyrzynających się zębów trzonowych Marcela. Wszystkich (kompletnie już uzębionych) członków rodziny doprowadza to ząbkowanie do iście szewskiej pasji.
Marcel Biedak gryzie absolutnie WSZYSTKO, co zmieści się w jego paszczy począwszy od rąk Benia, poprzez oparcia kanapy, krawędzie stołu, uchwyty szafek kuchennych, telefon, podeszwy butów, na moich czterech literach kończąc…
I tak ze łzami w oczach i obolałym … ekheeem …. półdupkiem myślałam sobie, że ten mój mały tatuaż numer 2 nieźle mi daje dzisiaj popalić.
Tatuaż numer 1 nie gryzł wprawdzie, ale będąc sam obiektem gryzienia okazywał swoje niezadowolenie w mało wyszukany sposób.
Na szczęście tatuaże poszły dziś wcześnie spać umożliwiając obolałym na duchu i ciele rodzicom zasłużony odpoczynek... Na szczęście też kocham te moje tatuaże miłością bezwarunkową i patrząc tak na nich słodko śpiących dochodzę jednak (codziennie!) do wniosku, że takie właśnie twarzowe tatuaże są całkiem fajnym pomysłem mimo tego, że czasem (często !!!) nieco hmmmm .... bolesnym…
Tyle o tatuażach. Teraz o papierkowej robocie.
Ta kartka powstała na urodziny pewnego nastolatka, zapalonego gitarzysty:
A ta dla pewnej słodkiej księżniczki:
Na zakończenie słodkości które zrobiłam wprawdzie już jakiś czas temu, ale nie mogłam się zebrać na sklecenie posta:
Amarettinis:
Maleńkie ciasteczka z amaretto w sam raz do espresso.
Wypróbowałam też w tym samym rzucie ciasteczka Magdy:
Polecam, wyszły mniam, jak zresztą wszystko autorstwa Magdy, co do tej pory wypróbowałam!
I na zakończenie mój ulubiony klasyk:
Przepis sprawdziłam w kilkunastu już wariacjach, tu na blogu jako Pie de limon, a teraz jako Pie de orange. Ciasto polecam Wam z krystalicznie czystym sumieniem – jest przepyszne i mimo bezy wcale nie przesłodzone☺
Słodkich snów!
Ola
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasteczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasteczka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 6 kwietnia 2013
środa, 12 grudnia 2012
Advent, Advent, ein Lichtlein brennt!
Roraty,
zapach pomarańczy, wanilii i piernika. Radość oczekiwania, śnieg i wreszcie dwóch nieszczęsników odstających nieco od idyllicznego obrazu przedświątecznych dni: okupujący naszą wannę karp i tata, tudzież sąsiad (po tym jak tata zastrajkował) czyniący wobec karpia wiadomą powinność.
Głównym cukiernikiem w tegorocznej produkcji jestem ja, asystuje mi bardzo dzielnie mój czterolatek Benio, a gdy zapał u czeladnika opada, ofiarnie zastępuje go moja mama :))
Akcent chilijski w adwentowym poście miałby się nijak, bo w Chile adwent wcale nie jest celebrowany. Nic dziwnego. Świeczki i lapki przy oślepiającym słońcu i +40 °C to żadna atrakcja.
Święta przebiegają za to nieco ciekawiej, ale o tym w swoim czasie...
Dobrej nocy,
Ola
Takie skojarzenia nasuwają
mi się, gdy wspominam adwent w domu rodzinnym.
Później, wraz z przeprowadzką do Niemiec doszedł do tego Weihnachtsmarkt z obowiązkowym Glühwein, Plätzchen, zapach cynamonu, goździków, prażonych migdałów i oczywiście wieniec adwentowy, blask świec oraz lampek migających już od pierwszej niedzieli adwentowej w oknach niemieckich (tudzież polsko-chilijsko-niemieckich) domów.
Niemieckie zwyczaje adwentowe urzekły mnie do tego stopnia, że zaadoptowałam je bez namysłu, i teraz celebrujemy adwent w wydaniu polsko - niemieckim.
Później, wraz z przeprowadzką do Niemiec doszedł do tego Weihnachtsmarkt z obowiązkowym Glühwein, Plätzchen, zapach cynamonu, goździków, prażonych migdałów i oczywiście wieniec adwentowy, blask świec oraz lampek migających już od pierwszej niedzieli adwentowej w oknach niemieckich (tudzież polsko-chilijsko-niemieckich) domów.
Niemieckie zwyczaje adwentowe urzekły mnie do tego stopnia, że zaadoptowałam je bez namysłu, i teraz celebrujemy adwent w wydaniu polsko - niemieckim.
Dlatego
na pierwszą niedzielę adwentową powstał, w tym roku bardzo skromny, Adventskranz:
Ponadto każda z adwentowych sobót to inny rodzaj tradycyjnych niemieckich Plätzchen, czyli ciasteczek! W tym roku wybór padł na obowiązkowe Vanillekipferl (maleńkie rożki księżycowe), Kokosmakronen (coś zbliżonego do polskich bez kokosowych), Butterkekse mit Marmelade (mąślane z własnym dżemem truskawkowo-porzeczkowym), tegoroczną nowość – bułgarskie orechowki (chrupiące, leciutkie ciasteczka orzechowe) oraz polskie pierniczki, tym razem według przepisu mojej przyjaciółki z czasów studenckich - Marty z Me and My world.
Ponadto każda z adwentowych sobót to inny rodzaj tradycyjnych niemieckich Plätzchen, czyli ciasteczek! W tym roku wybór padł na obowiązkowe Vanillekipferl (maleńkie rożki księżycowe), Kokosmakronen (coś zbliżonego do polskich bez kokosowych), Butterkekse mit Marmelade (mąślane z własnym dżemem truskawkowo-porzeczkowym), tegoroczną nowość – bułgarskie orechowki (chrupiące, leciutkie ciasteczka orzechowe) oraz polskie pierniczki, tym razem według przepisu mojej przyjaciółki z czasów studenckich - Marty z Me and My world.
Głównym cukiernikiem w tegorocznej produkcji jestem ja, asystuje mi bardzo dzielnie mój czterolatek Benio, a gdy zapał u czeladnika opada, ofiarnie zastępuje go moja mama :))
Akcent chilijski w adwentowym poście miałby się nijak, bo w Chile adwent wcale nie jest celebrowany. Nic dziwnego. Świeczki i lapki przy oślepiającym słońcu i +40 °C to żadna atrakcja.
Święta przebiegają za to nieco ciekawiej, ale o tym w swoim czasie...
Dobrej nocy,
Ola
Subskrybuj:
Posty (Atom)

