Pojawiam się i znikam, a to znikanie to przez:
a) mój charakter, który to zmiennym jest i raz po raz decyduje (przysięgam, czasem bez mej woli, a czasem nawet wbrew niej!!), że trzeba zająć się czymś innym, wypróbować nowe hobby, poprzestawiać meble lub nawet zrewolucjonizować mieszkanie.
b) jesienno – wczesno zimowe choróbska, które z jakiś powodów bardzo polubiły naszą rodzinę i garną się do nas jak ćma do ognia, czy jakie tam to porównanie jest.
c) Czas, ten okropny czas, który ostatnio nie chce się zatrzymać, tylko żywym galopem leci do przodu bezczelnie lekceważąc prośby, groźby i zaklęcia, jakie każdego dnia wypowiadam, żeby go zatrzymać lub choć trochę spowolnić.
d) Moja dwa małoletnie słońca, które ostatnimi czasy przeżywają chyba rozwojowe burze i w związku z tym są, że tak się wyrażę dość (!) absorbujący.
Ale do rzeczy. Chciałam dziś pokazać, co kradło mi czas na przestrzeni ostatnich tygodni. Otóż była to łazienka.
Jak daleko jest z łazienki do pokoju? W przeciętnych warunkach zapewne rzut beretem. Albo jeszcze bliżej.
W moim jednak przypadku – który to jest tematem dzisiejszego posta - droga była długa. I męcząca.
Dlaczego? Oto wyjaśnienie.
Otóż, nasze M posiadało w momencie jego nabycia 2 łazienki: wielką z prysznicem i mega wanną oraz standardową z toaletą i umywalką.
Nienawykli do takich luksusów, przez pewien czas faktycznie korzystaliśmy z dobrodziejstw posiadania dwóch łazienek. To były czasy… Zero ponaglania wiadomo gdzie, długie (czasem nawet dwuosobowe) kąpiele w wygodnej wannie, osobne umywalki, codzienne prysznice w przestronnej kabinie. Fajnie było.
Niefajne były zdecydowanie rachunki za ogrzewanie wielkiego narożnego pomieszczenia.
Gdy po jakimś czasie zbrzydło nam pławienia się w luksusach, a na horyzoncie pojawił się nowy potomek, stwierdziliśmy, że bardziej niż wielka łazienka przydałby nam się dodatkowy pokój.
I stało się. Po dłuuuugich miesiącach oczekiwania na dogodny moment, zbieraniu funduszy koniecznych na realizację zachcianki, nieudanych eksperymentach z ekipą remontową i ogólnych wzlotach i upadkach udało nam się wreszcie doprowadzić sprawę do końca i z łazienki wyczarować taki oto pokoik:
W założeniu początkowym łazienka przekształcić się miała w sypialnię. Już nawet wstawiliśmy do wyremontowanego pomieszczenia łóżko:
Szybko jednak okazało się, że pomieszczenie jest na sypialnię po prostu za małe. Dlatego postanowiliśmy z łazienki/sypialni zrobić moje biuro, a w dotychczasowym biurze urządzić sypialnię.
A było tak:
Before and after na podsumowanie:
Brakuje jeszcze kilku detali. Zaplanowałam lamberkin na oknie, wymianę mlecznego - łazienkowego szkła na normalne, przejrzyste i kilka innych dekoracyjnych błahostek. Ale to dopiero, jak zdobędę patent na wydłużenie doby. Gdyby któs miał receptę, to uprzejmie proszę o kontakt.
Miłego kolejnego dnia adwentu!
Ola
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą organizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą organizacja. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 10 grudnia 2013
czwartek, 5 września 2013
O wywnętrzaniu się czyli jak krowie na rowie
Siedzę sobie tak i rozmyślam nad tym, czy faktycznie zamieścić tu fotki z moich organizacyjno – etykietowych rewolucji, jakie to ostatnimi czasy mają miejsce w naszych 4 ścianach.
Twórczego w tym nic.
Estetyki też zero.
Banał organizacyjny, bo każdy ma przecież jakiśtam swój system.
No i nie wiem naprawdę, czy uchodzi aż tak się wywnętrzać (w 100% dosłownym znaczeniu tego słowa) pokazując wnętrza moich szafek.
Ale suma summarum (ulubione powiedzonko mojego taty) blog jest mój i o tym co mnie kręci. A ta banalna organizacja, choć pewnie trudno w to uwierzyć (moja mama nie uwierzy nigdy w życiu), kręci mnie i nakręca na całego.
A więc, here goes nothing.
Na pierwszy ogień poszła lodówka.
Wywaliłam wszystko i popatrzyłam, czy da się to pogrupować na jakieś kategorie.
Dało się.
Dało się zmienić stan większości rzeczy z „wolnostojących” (czyli wciśniętych tam, gdzie popadnie) na „w pojemnikowym związku z” (czyli przypisanych do grupy produktów podobnych).
I tak na półce 1 mamy
- koszyk z przyprawami (majonez – patriotycznie TYLKO kielecki, ketchup, musztardę, tabasco, chili, alioli)
- piętrowy pojemnik na wędlinę i ser krojony
- sekcja kawowa (puszka z ziarenkami do mielenia, malutki pojemniczek z jednorazową porcja kawy i mleko do kawy)
Półka 2
- koszyk z nabiałem (jogurty, serki, śmietana, creme fraiche)
- koszyk MIX (wszystko co nie podchodzi pod pozostałe kategorie, a w lodówce musi zawsze być, czyli: słoik z ogórkami kiszonymi, słoik z suszonymi pomidorami w oliwie, koncentrat pomidorowy, i inne rzeczy)
Półka 3
- wszystkie szmery bajery na kolację/śniadanie (jak w kuchni stołu brak i wszystkie posiłki je się przy dużym stole w innym pokoju, to człowiekowi odechciewa się z każdą pierdółką osobno łazić. Stąd kolacjowo – śniadaniowy mix jest w pudełku.
Półka 4
- pojemnik na sery w kawałkach i leftovers, czyli obiad na drugi dzień, jak został:)
Półka 5
- warzywa, owoce
A z daleka tak oto się to prezentuje:
Ustawa o nowych porządkach lodówkowych weszła w życie kilka dni temu i póki co sprawdza się rewelacyjnie. Chyba dlatego, że nie ma miejsca na zrobienie bałaganu, bo tyle tych pudeł nastawiałam. No i opisałam jak krowie na rowie, więc jak ktoś położy coś nie tam gdzie powinno być, to już ewidentnie z premedytacją i świnia!
Dalsza część szaleństwa opisowego trwa.
Efekty niebawem.
Oj dzieje się u mnie, dzieje.
O.
Twórczego w tym nic.
Estetyki też zero.
Banał organizacyjny, bo każdy ma przecież jakiśtam swój system.
No i nie wiem naprawdę, czy uchodzi aż tak się wywnętrzać (w 100% dosłownym znaczeniu tego słowa) pokazując wnętrza moich szafek.
Ale suma summarum (ulubione powiedzonko mojego taty) blog jest mój i o tym co mnie kręci. A ta banalna organizacja, choć pewnie trudno w to uwierzyć (moja mama nie uwierzy nigdy w życiu), kręci mnie i nakręca na całego.
A więc, here goes nothing.
Na pierwszy ogień poszła lodówka.
Wywaliłam wszystko i popatrzyłam, czy da się to pogrupować na jakieś kategorie.
Dało się.
Dało się zmienić stan większości rzeczy z „wolnostojących” (czyli wciśniętych tam, gdzie popadnie) na „w pojemnikowym związku z” (czyli przypisanych do grupy produktów podobnych).
I tak na półce 1 mamy
- koszyk z przyprawami (majonez – patriotycznie TYLKO kielecki, ketchup, musztardę, tabasco, chili, alioli)
- piętrowy pojemnik na wędlinę i ser krojony
- sekcja kawowa (puszka z ziarenkami do mielenia, malutki pojemniczek z jednorazową porcja kawy i mleko do kawy)
Półka 2
- koszyk z nabiałem (jogurty, serki, śmietana, creme fraiche)
- koszyk MIX (wszystko co nie podchodzi pod pozostałe kategorie, a w lodówce musi zawsze być, czyli: słoik z ogórkami kiszonymi, słoik z suszonymi pomidorami w oliwie, koncentrat pomidorowy, i inne rzeczy)
Półka 3
- wszystkie szmery bajery na kolację/śniadanie (jak w kuchni stołu brak i wszystkie posiłki je się przy dużym stole w innym pokoju, to człowiekowi odechciewa się z każdą pierdółką osobno łazić. Stąd kolacjowo – śniadaniowy mix jest w pudełku.
Półka 4
- pojemnik na sery w kawałkach i leftovers, czyli obiad na drugi dzień, jak został:)
Półka 5
- warzywa, owoce
A z daleka tak oto się to prezentuje:
Ustawa o nowych porządkach lodówkowych weszła w życie kilka dni temu i póki co sprawdza się rewelacyjnie. Chyba dlatego, że nie ma miejsca na zrobienie bałaganu, bo tyle tych pudeł nastawiałam. No i opisałam jak krowie na rowie, więc jak ktoś położy coś nie tam gdzie powinno być, to już ewidentnie z premedytacją i świnia!
Dalsza część szaleństwa opisowego trwa.
Efekty niebawem.
Oj dzieje się u mnie, dzieje.
O.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

