Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Takie tam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Takie tam. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 października 2016

Bez ściemy

Tak. Nie oszukujmy się. Wesoło nie będzie.

Jestem smutna. Jest mi przykro. Chce mi się płakać.
Żołądek kurczy się w aż nadto znany mi sposób.

Benio znów wylądował w szpitalu z Grand Mal.

Jest mi smutno choć przeczytałam tyle książek o pozytywnym myśleniu.
Choć aktywnie oduczam swój mózg od czarnowidztwa.

Nie zmieni tego dodająca otuchy rodzina.
Ani przyjaciele, sąsiedzi i znajomi.
Ani wiara w anioły, Boga, siłę wyższą, wszechświat i łączącą nas wszystkich energię.

Nic nie zmieni faktu, że jest mi po prostu smutno. I przykro. Tak po prostu.

Czy na smutek, a w zasadzie na ten konkretny rodzaj smutku, jaki dziś odczuwam jest lekarstwo?

Jakaś część mnie tak bardzo pragnęłaby, żeby istniała jakaś magiczna formuła, dzięki której ten straszliwy ścisk żołądka dałoby się wyłączyć. Żeby to wszystko nie bolało aż tak bardzo. Albo najlepiej, żeby od razu wyłączyć wszystko hurtem. Ten skurcz żołądka. Te obrazy z dzisiejszego poranka. Te myśli, które snują najstraszniejsze scenariusze. To obezwładniające poczucie bezradności i bezsilności.

Z drugiej jednak strony wiem, że nawet, gdybym mogła wyłączyć odczuwanie tego wszystkiego, to przecież nie zmieni to faktów. Z magiczną formułą czy bez – Benio jest w szpitalu i koniec.

Jedna z moich przyjaciółek twierdzi, że uczuciom trzeba pozwolić zaistnieć. Że trzeba je po prostu przeżyć. Pozwolić, żeby były. Żeby przez nas przepłynęły.

Tłumić ich nie ma ponoć sensu, bo prędzej czy później zawsze wrócą lub wybuchną ze zdwojoną siłą. Albo nie wybuchną, a zamiast tego, dosłownie, zaczną zżerać nas od środka po kawałku.

Więc postanowiłam ich nie tłumić. Tylko próbuję je przeżyć. Nazwać. Wyrazić. Nie wiem, jak zrobić to inaczej niż pisząc. Próbowałam ze sobą rozmawiać, ale efekt „odczuwał się” idiotycznie. No więc piszę. Po prostu piszę. Odgrzebałam bloga, bo na komputerze jakoś łatwiej niż na papierze.

Piszę. Piszę o moim smutku i braku nadziei.
Piszę.
Bez nadziei na oszałamiający hokus - pokus.

Piszę, bo pisanie zawsze przychodziło mi tak łatwo.
Może to moje pisanie będzie kanałem dla dzisiejszego smutku.
Może okaże się moim prywatnym czary-mary.

środa, 17 lutego 2016

Pytania poranne, pytania wieczorne

Innymi słowy recepta na to jak zmusić się do pozytywnego myślenia no matter what.
Ponoć (jeszcze nie mogę potwierdzić, że to działa) wystarczy odpowiedzieć sobie codziennie na takie oto pytania:

Pytania poranne
  • Co sprawia, że jestem szczęśliwa dokładnie w tym momencie?
  • Co ogólnie mnie w moim życiu uszczęśliwia? W jaki stan mnie to wprowadza?
  • Co wywołuje u mnie, w moim życiu ekstazę, poczucie mega-szczęśliwości? W jaki stan mnie to wprowadza?
  • Z czego jestem w życiu dumna?
  • Z czego jestem dumna dokładnie w tej chwili? W jaki stan mnie to wprowadza?
  • Za co jestem wdzięczna?
  • Za co jestem wdzięczna dokładnie w tej chwili, w tym dniu? W jaki stan mnie to wprowadza?
  • Co sprawia mi w życiu przyjemność?
  • Co lubię robić?
  • W jaki stan wprowadza mnie robienie tego, co sprawia mi przyjemność?
  • W co wierzę? Jakiej myśli, idei jestem w pełni oddana?
  • Kogo kocham?
  • Kto kocha mnie? 
 Pytania wieczorne
  • Co dzisiaj dałam z siebie innym? Co zrobiłam, żeby pomóc innym?
  • Czego się dzisiaj nauczyłam?
  • W jaki sposób dzisiejszy dzień wpłynął na udoskonalenie jakości mojego życia?
----

 Brzmi łatwo, zobaczymy jak mi pójdzie i na jak długo starczy cierpliwości.

piątek, 22 stycznia 2016

Comments to my: It's 2016 post.

I just have to document them here. Just have to.

Agnieszka K-W.: I am sorry to hear this. It is ao easy to write everything will be fine...but I cross my finger for you. You've always been a fighter...

Agata P.
Dzięki za życzenia smile emoticon Uszy do góry, Oluś!

Lonnie: We have a saying: 'Every home bears a cross of their own', which means that everybody has issue, some the same and some different. Stop comparing yourself to others because you never know if the thing you compare yourself to is true... Your life is not less valuable because that bitch next door has a 'normal' child or a bigger car or boobs that defy gravity! Thinking other people do better or have easier lives only causes regret in what you arent or haven't got. You don't allow yourself to enjoy who you are or what you dó have. You'll always rob yourself of happiness and joy that actually is in your reach by placing it out of your reach instead. Be you, you are wonderfull! And with such a great mom your kids will be great too (all shitty characteristic are from dad...) My life revolved around my weight for so many years, untill I learned that my value or goodness, kindness and love are not defined by numbers on a scale that point out my relationship to gravity. You are not defined by how healthy your son is. And 'letting go' is something you can learn too, as I experienced last year. I apparently needed a burn-out to get the message. Don't go there! Find somebody to teach you how to 'give less fucks' and you'll be happier for sure! Love you Ola, stay strong. And otherwise: chocolate and booze! XXX

Melissa R: I'm so glad to read this reflexion from you Ola! Finally you understood the message, the meaning of beign here...everything is for a reason, for some reason your kid chose you like a mom and why God chose you too, is because you can hold it, you are strong, you are a super woman and you can work things out, is your mission (maybe) in this life...in front of big problems that we face, at least I do, I open my arms and I trust just in God and I try to give my best, because He is waiting that from you...my dear I send you a big hug and I tell you, that everything will be alright! the real life is not in the outside, is inside of you, in your heart, in your soul, in your dreams...

Xavier: https://www.youtube.com/watch?v=e97VrOhsczI

Mathilde: Good for you, Ola, that's the spirit! I really also truly believe that we're very much our own masters of our happiness

Helen: How wonderful to read this. Thank you my dearest Ola. I am celebrating with you in my heart. Cause yes one of the hardest but also one of the strongest lessons (and one of the biggest gifts) in life is the lesson of trust. Trust that this is your path, to be who you are, who you are becoming and what you are here for in this world. This is the path, with all its ups and downs, with all its mountains that seem too high to climb and all its valleys that seem so dark you get scared you might not find the way out again. This is it. Your path. It makes you the woman that you are, and damn I can tell you, you've touched my life and my heart many many times. Trust that also your son and my so special godchild is walking his path. He has his own purpose of life in our world. I have never heard of a child more aware, more caring, more sensitive, more healing. Putting his finger right on the wound of society. Is it easy? No. Does it hurt? Yes. And still. Is it worth it? Hell yes. Look who you've become despite the burdens, the pain, the fears!!! No... not despite... but 'because'. And so all I can say is 'thank you'. And all I can say is 'I believe in you!' This is your path girl, you are awesome!

Marta K: Tak trzymać Oluś,zawsze byłaś fighterką


Magda H.-B.: Kochana, pięknie napisałaś i bardzo mądrze. Całe życie dojrzewamy, stale do nowych rzeczy albo do tych samych, tylko na nowo grin emoticon

Ewa L.: so happy to see my awesome sis next week and spend some awesome time with her! Kocham Cię bardzo!

Tina: Why not smile emoticon

Ola P. Awesome Olu...really awesome!

Jennifer R. "The grass is always greener". Really green grass is beautiful, it's true. It's fabulous to lie on in the sun. There's lots of green, green grass here in Sydney. But I grew up in Perth where there was always drought and the grass was mostly yellow and brown. Less comfortable to sit on but it was actually really beautiful too. Stunning, actually. Especially when looking down upon from the sky (as I fly in or out for Christmas each year).

You look out and you see all these lucky, happy people. We look upon you and see someone pretty darned fabulous too. Things are hard for everyone in their own way but people show you the best of their life, especially here on FB. I'm glad you're saying goodbye to the questions. Say goodbye to "what if" and "why" and also "should" too. Start seeing your own awesomeness because we already do
For the record, "should" is my pain. I should know by now if I want kids. I should be dating someone, even if it means settling for less than. I should be more successful. I should be a better writer. I should do more around the apartment. I should write a book. I should exercise more. I should cook more. I should manage my money better. I should know better. I should be kinder and more compassionate. I should always be doing something productive. I should be better. But why should I? Because I should. It's not really a reason but it feels like a really convincing one.

Ismael: Why not? why not be his mom, or Marcelo's, or my wife? why not?... Believe me I ask the same questions... why did our kids become our kids?... Why did you become my wife?

You know my feelings, that transcend more than the physical or emotional love, there is a reason why we are together, as there is a reason why we are our kids parents.

I am not sure we should know the reason, I am not sure if we will ever find out completely, but there is one, I am sure.

You are a wonderful mom, you have surpassed my wildest dream of what the best mom could be. I couldn't have chosen a better woman to carry my kids for me and to go through this parenthood path together. Heck, I am pretty sure I didn't choose, we just found each other, our paths were meant to cross. And so our kids were meant to be our kids, and that's saying something

I am so proud of you, words cannot describe. Not just as a mom, but as a woman, as professional, as normal common sense human being (not many of those nowadays sadly), as my lover and as my friend.

Marcelo, Benjamin and I are the luckiest boys to have you in our lives (Ellie is very lucky too, but she is a girl wink emoticon )

We love you, with all our hearts, body and souls, we love you for what you are, who you are, and we love you for how much better persons you make us want to be. Every day, every minute, every second, every breathing moment, we do... even when we are mad at you or you at us tongue emoticon

Whatever happens, I will hold your hand, because I know you will hold mine and we will walk this path together, as we both promised we would, as we are doing now and as we will always do.

I won't let go. I know you won't smile emoticon

Tamona!

Cecilia: It's YOUR choice to be happy. I'm with you, Ola. Hugs

Vilma: Olita,bellas y sentidas palabras, mi hijo tiene una gran mujer, muy cariñosa esposa, mis nietos una gran madre....te he visto luchar , llorar, reír, superar situaciones por ellos, eso es amor!! Aceptar sus dificultades, ayudarles a caminar en esta vida, cuidar de sus sueños, tomarles sus manos, abrazarlos cuando lo necesitan, o simplemente darles un beso, eso es Amor !
Sigue luchando....por ellos, por tu familia y en compañía de quien te ama y apóyense mutuamente.
Espero que con esto puedas encontrar respuesta a tu por qué?.
Siempre estaré para mis hijos y nietos. Los amo !!!

Ayca: Ola, my heart is with you! Take good care!

So it’s 2016

So it’s 2016.
On December 31st 2015 I hoped that starting January 1st I will magically become happier.
I haven’t.
Instead I landed in a hospital with my son. The Universe just wouldn’t cooperate and simply move all the bad stuff out of my way. Bummer.
Not that I haven’t tried to persuade the Universe and God to just make me happy. I really did. And believe me I can nag.

So I’ve kept thinking.

And I realized that the biggest part of my THINKING focuses around the same stuff. Over and over again. For months. Hell, for years to be honest. Yawn.
It’s a bunch of worn clichés, look:
Why other people are happier than I am?
Why can’t I just let go of some stuff?
Why can’t I just be at peace with everything I experience?
Why do I constantly crave for more happiness?
Why do I have a complicated, partially autistic and eplieptic kid?
And finally:
Why is being worried and scared the easiest and most natural state of mind for so many of us including myself??? Why is it so fucking hard to think positive?

A while ago I chatted with someone about my kid and I asked: Why is it me all over again? Why do I have to have a sick child?
And this person said: And why not?!?!?
This answer has kept me busy for a long time now. Because, seriously, WHY NOT?

So here I am. Dealing with „here and now“. Believing that everything that happens, happens for a good reason. Accepting that everything I experience, is in fact what I CAN bare.
I’m striking the „Why“ list. I’m really sick and tired of this. I’m done with asking questions, wondering and worrying. I’m done with “What ifs and Whys”.

Life is here. No time for questions, doubts and fears.

Happy 2016 to myself, my family, my friends.
It’s gonna be awesome.
Correction: I AM GONNA MAKE IT AWESOME.

niedziela, 1 marca 2015

Back in the game?

Po ponad roku, wracam do gry.
Poprawka.
Po ponad roku chciałabym wrócić do gry.

Rok. 12 miesięcy. Jak to dużo.
A z drugiej strony jak to mało.

Prawie równo rok temu budzę się z dziwnym bólem głowy. Wstaję, w głowie mi się kręci jak po sporej dawce promili. I tak cały dzień. I noc. I kolejny dzień. I kolejna noc.
Idę do lekarza. Na pierwszy rzut oka wszystko ok, nie wiadomo co mi jest. Pielgrzymka po specjalistach. Podejrzenia o wszystko co możliwe, od zaburzeń
równowagi do guza mózgu.

Strach. Ohydny paraliżujący strach.

Chociaż chciałabym wyłączyć zdolność myślenia, scenariusze w głowie piszą się same. Czarne, najczarniejsze.

Wyniki badań budzą mnie z letargu.

Z mózgiem wszystko w porządku. Zniekształcenie kręgosłupa w odcinku szyjnym powoduje ucisk na nerwy. Już pierwsza godzina rehabilitacji likwiduje zawroty głowy. Z każdą kolejną czuję się coraz lepiej.
Wracam do równowagi. Przebudzenie. Ulga. Radość. Wdzięczność.

Mija kilka tygodni.

Pora na cokwartalną wizytę kontrolną Benka u neurologa pediatry i encefalografię. Normalka dla dzieci po przebytym zapaleniu mózgu. Idziemy do „naszego” szpitala. Na oddziale neurologicznym znamy każdy kąt.

Każda wizyta przenosi mnie 5 lat wstecz.

Powraca ścisk żołądka.
Powraca bezsilność.
Powracają obrazy Benka podłączonego do zwojów rurek.
Powraca płacz dzieci i niema rozpacz rodziców z sąsiednich pokoi.
Powraca diagnoza. Herpes enzephalitis. Opryszczkowe zapalenie mózgu. Średnia roczna zapadalność to 1:500.000.
Powraca strach.
60% leczonych przypadków kończy się śmiercią.
Przeżyje?

Przeżył. Herpes enzephalitis to jedyne wirusowe zapalenie mózgu, które da się leczyć. Szybka, trafna diagnoza i natychmiastowe podanie leku ratują mu życie. Po miesiącu możemy go zabrać do domu.
Wracamy pokaleczeni. Dosłownie i w przenośni.

Zaatakowany obszar mózgu Benia już nigdy nie odżyje.
A ja już nigdy nie zapomnę tego miesiąca. I tego miejsca.
Wtedy jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy, ale przyszłość pokaże, że przeżycia szpitalne będą do mnie wracać przy każdej chorobie Benia.

Rokowania po wypisie ze szpitala: Brak widocznego upośledzenia spowodowanego zapaleniem mózgu, ale lekarze nie są w stanie stwierdzić, za jakie funkcje  odpowiada martwa część mózgu.
Z czasem się dowiemy. Albo nie.

Dlatego co kwartał lądujemy w „naszym” szpitalu i co kwartał powtarzamy u Benka elektroencefalografię.

Tak też było na początku marca ubiegłego roku.

Po elektroencefalografii dzwoni do nas Benka neurolog.
Z potoku słów naszej doktor zostają mi w pamięci pojedyncze hasła: patologiczny obraz, brak faz snu, konieczne dalsze diagnozowanie, leczenie, wyładowania o charakterze epileptycznym…

I znowu strach. Znowu nieproszone czarne scenariusze. Czarne, czarniejsze, najczarniejsze.

Aż w końcu nie mogę znieść więcej.

Nagle wszystkiego jest za dużo.

Za dużo informacji, za dużo czarnego, za dużo myśli, za dużo wspomnień, za dużo płaczu, za dużo chorób, za dużo deszczu, za dużo do zrobienia, za dużo do przeczytania, za dużo planów, za dużo zmian, za dużo zobowiązań.

Dobre rzeczy, choć przecież zdarzają się cały czas, przestają się liczyć. Jest tylko strach co będzie i świadomość, że to wszystko to po prostu za dużo jak na moje barki.

Zaczynam spadać w przepaść.
Chcę się zatrzymać, ale nie potrafię.
Powoli dociera do mnie, że sama nie wyhamuję.
Próbuję złapać jedną z pomocnych rąk wyciągniętych w moją stronę.
Nie mogę. Prędzej czy później każda się wyślizguje. A może to ja ją wypuszczam.
Resztkami sił i zdrowego rozsądku dzwonię do poleconej psychoterapeutki.




Po kilku tygodniach terapii uświadamiam sobie, że już nie spadam.
Co więcej, w tej znienawidzonej czarnej dziurze zauważam schody. Zaczynam niezdarną wspinaczkę.
W pewnym momencie pojawia się światło. Teraz łatwiej się wspinać. 
W końcu widzę też, że te pomocne dłonie nadal są gotowe chwycić moją.
Chwytam. Tym razem mocno trzymam. Wspinaczka jest coraz łatwiejsza i coraz szybsza.

W końcu stoję na powierzchni. Jest jasno. Grudzień 2014.

Powoli próbuję poukładać sobie wszystko, co wydarzyło się w ciągu minionych miesięcy. 

Poukładać. Wytłumaczyć. Zrozumieć. Zaakceptować.

Bo przecież nie wydarzyło się nic aż tak strasznego. Ot wzloty i upadki. Jak w życiu każdej innej osoby.

Uczymy się życia z chorobą Benia i z wynikającym z niej dużym deficytem koncentracji.
Uczymy się życia z tabletkami, jakie mu podajemy 2 razy dziennie.
Uczymy się życia z jego ciągłym zmęczeniem i rozdrażnieniem, jakie powodują wprowadzone leki. 
Uczymy się życia z niepewnością, czy lek przyniesie oczekiwany rezultat.
Oswajamy strach o to, co przyniesie jutro.

A ja, powoli, na nowo uczę się panowania nad czarnymi scenariuszami.
I na nowo odkrywam radość z pisania.

Wracam do gry.
Powoli, ale wracam.

Ola

poniedziałek, 24 lutego 2014

My 100 happy days – Dzień 6 – czyli człowiek w zadumie tłumaczy (się).

Zastanawiam się czasem jak to z tym szczęściem jest. Przychodzi samo, czy trzeba go aktywnie szukać? Zamawiać? Wywoływać? Prosić, żeby przyszło? Błagać? Modlić się? Zaklinać?

Dlaczego mając tak wiele, człowiekowi (czyt. Oli) nadal łatwiej dostrzegać niepowodzenia, a szczęście świadomie trzeba sobie uzmysławiać i nader aktywnie uświadamiać bawiąc się w 100 happy days i tym podobne???

Ano dlatego, że człowiek ów (czyt. Ola) jest z natury czarnowidzem, który dawno temu stwierdził, że to czarnowidztwo jest be i trzebaby zmienić kurs. To stwierdziwszy rzeczony człowiek rozpoczął szaleńczą walkę przeciw swej naturze, przyzwyczajeniom, tendencjom i wychowaniu i każdego dnia od dawien dawna mozolnie walczy i walczy i walczy…

Walczy, bo czarnowidztwo łatwo nie daje za wygraną i trzyma się człowieka walczącego jak tonący brzytwy. Ale człowiek walczący jest na szczęście bardzo uparty i bardzo pragmatyczny. Człowiek walczący trenuje* bycie szczęśliwym i każdego dania stara się zauważyć, albo stworzyć, albo sprawić, albo powiedzieć coś dobrego.

A jak mu się uda, to sobie to właśnie dokumentuje** na swoim blogu.
A gdy czarna natura raz po raz uskutecznia „come back”, człowiek czyta sobie własne blogowe gryzmoły i nagle zaczyna się uśmiechać, czasem nawet śmiać na głos i w duchu dziękuje z całych sił za to, co ma.

Na przykład za to:

Noc. Ciemno. Cicho. Nagle z całej siły obejmują mnie maleńkie rączki.
[Marcel]: Mama, Malciel kocha mama.

[...]



*Niemieckie przysłowie mówi: „Übung macht den Meister“. Pragmatyczny człowiek walczący stwierdził, że jak będzie długo i wytrwale ćwiczył, to w końcu kiedyś zdobędzie mistrzostwo.

**Dokumentuje, bo czasem - paradoksalnie - zapomina, że najbardziej uszczęśliwiają błahostki, które to właśnie z racji bycia błahostkami umysł jakimś dziwnym trafem wymazuje z pamięci...

czwartek, 20 lutego 2014

My 100 happy days – Dzień 5 – czyli co mają udka do szczęścia

Jadę, jadę, jadę, przede mną przestrzeń, za mną przestrzeń, włosy rozwiane, wolność, swoboda, a ja pędzę bez celu rozkoszując się wesołymi promieniami słońca igrającymi na twarzy lekko zroszonej ciepłym deszczem.

...

Tak mogłoby być, gdyby dziś nie był środek zimy, a ja nie była rodzinnym zaopatrzeniowcem. Było tak:

Jadę, jadę, jadę, przede mną samochody, za mną samochody, na włosach czapka, na czapce kask, a ja pomykam w strugach deszczu na mojej Nówce* w tempie umiarkowanym zmierzając ku pobliskiemu spożywczakowi w celu nabycia zaplanowanych na obiad udek kurczakowych.
...

A i tak gęba mi się śmiała od ucha do ucha, bo jazda na rowerze zawsze jest the best. Nawet w środku zimy. Nawet, gdy jedynym celem jazdy jest zaopatrzenie się w składniki koniecznie do wykonania nader niewyszukanego obiadu. Każdy pretekst jest dobry:)

Ola

* Nówka, już nie jest taka nowa, bo od czasu jej wydobycia z piwnicznych czeluści eksploatuję ją nader intensywnie. Nazwa się jednak przyjęła, więc Nówka niech Nówką pozostanie.

środa, 19 lutego 2014

My 100 happy days – Dzień 4 – czyli dzień fucka i siusiaka

Tyle dobrych rzeczy się dziś zdarzyło, że sama nie wiem, od czego rozpocząć.

Pierwsze primo. Zacznę od spraw bytowych. Mój najważniejszy zleceniodawca przedłużył ze mną umowę! W praktyce oznacza to, że nadal mogę robić to, co uwielbiam, czyli pisać, tworzyć teksty i kampanie, a w dodatku jeszcze mi za to płacą! Dla mnie bomba nad bombami☺

Drugie primo. Pamiętacie moje żale nad Benkiem i brak zrozumienia dla trójjęzyczności? Dziś mogłabym tym wszystkim osobom, które trójjęzyczność widzą jako problem, a nie dar, pokazać, mówiąc obrazowo, jeden z moich palców. Najlepiej środkowy.

Dlaczego? Bo dziś miałam rozmowę z Logoterapeutką (tak, skierowano nas na logoterapię) Benka podsumowującą sesje 10 spotkań. I Pani poinformowała mnie, że:

-    dzieciak jest bystry
-    dzieciak jest zdolny
-    dzieciak potrafi zrozumieć w ciągu godziny to, co innym dzieciom zajmuje kilka (naście) godzin
-    dzieciak ma rewelacyjny słuch i potrafi odtworzyć praktycznie KAŻDY ze znanych jej dźwięków
-    zdefiniowane przez przedszkole problemy z koncentracją mogą de facto nie być problemami z koncentracją, ale zwyczajnym brakiem zainteresowania (dlaczego ja na to wcześniej nie wpadłam?????) ofertą zajęć przedszkolnych
-    zdefiniowane przez przedszkole problemy socjalizacyjne mogą de facto nie być problemami stricte socjalizacyjnymi, ale kwestią charakteru – dorośli też niekoniecznie „kolegują” się z osobami o odmiennych zainteresowaniach (i ponownie: co za gamoń ze mnie, że na to nie wpadłam???)
-    wszystko co robimy w kierunku nauki naszych języków ojczystych (PL i ES) jest jak najbardziej poprawne!

Po raz pierwszy w Niemczech ktoś okazał zrozumienie dla inności (tak trójjęzyczność to INNOŚĆ) i zauważył w niej coś bardzo pozytywnego. MEGA highlight dla mnie!!!

Trzecie primo. Marcel gada jak najęty. Gada śmiesznie, bo czasem nie potrafi odmieniać i składa zdania złożone z luźnych słów.
Przed snem czytamy dziś książeczkę o Baranku czyścioszku.

Historii przytaczać nie będą bo nie jest w tym kontekście istotna. Ważne jest natomiast, że baranek miał przyjaciół. A zaliczały się do nich pasące się na trawce krówki.

Marcel relacjonuje:

Mama, klówka, muuuu, dzyń dzyń [tłum.: Mama, tam stoi krówka muu i ma na szyi dzwoneczek]

Klówka, cialna, biała [tłum. Krówka jest czarno biała]

Mama, klówka, siusiak! [tłum. Mama, krówka ma siusiaka! Przyp.: Skojarzenie z siusiakiem pojawiło się, gdy młody przyjrzał się wymionom]

Dalej z przejęciem:

Mama, klówka, duzio siusiak!!! [tłum. Mama, krówka ma dużo siusiaków!]

Tu poczułam się w obowiązku wyjaśnić, że nie są to siusiaki lecz wymiona, z których leci mleczko. Na to Marcel z jeszcze większym przejęciem:

Klówka, duzi siusiak, mlećko, duzi mlećko! [DOMYŚLNE tłum.: Krówka ma dużo siusiaków, z których leci dużo mleczka!]

Już brałam się za korygowanie, gdy nagle Marcel wstał, zdjął gatki i oglądając swojego siusiaka zapytał:

Mama, Malciel mały siusiak. Małe mlećko? Mlećko, tak!? Siusiak Malciel mlećko
 teź? [tłum. znowu domyślne: Mama, Marcel ma małego siusiaka, więc leci z niego mało mleczka? Ale mleczko leci, tak!? Z siusiaka Marcela też leci mleczko?]
...

Tłumaczyłam. Starałam się sprostować do czego siusiak, a do czego wymiona. Obawiam się jednak, że perspektywa mleczka z siusiaka była o niebo ciekawsza…


Ciao
Ola

My 100 happy days - Dzień 3 - czyli romans z washi tape

Dzień trzeci był w zasadzie wczoraj. Nie było natomiast dowodu w postaci aparatu, dlatego dokumentację wczorajszego uszczęśliwiacza przeniosłam na dzisiaj.

Recepta na szczęście może być taka prosta:

stare białe pudełko Ikea 
+
 czarna washi tape 
 =
 wyzwalacz szczęścia w dniu 3

Oklejamy, gdzie chcemy i gotowe:


I jak tu nie być szczęśliwym? 10 minut roboty, banał nad banałami, a człowiek sie cieszy jak głupi:)

Ola

poniedziałek, 17 lutego 2014

My 100 happy days – Dzień 2 – czyli to, co dziewczyny lubią najbardziej

No co wszystkie (chyba) dziewczyny lubią?
No zielska pod każdą postacią!

A jeśli zielsko to przybiera jeszcze postać liliowego, prześlicznego cosia, zakupionego z pełną premedytacją choć spontanicznie, przeze mnie i dla tylko dla mnie, cosia, który dodatkowo sprawia, że uśmiecham się za każdym razem, gdy na niego patrzę, to jak tu nie zakwalifikować tego do kategorii dzisiejszych uszczęśliwiaczy?

Oto dowód rzeczowy:


Niniejszym zaliczam, a w ramach dodatkowego bonusa zignoruję* fakt, że wszystkie pomieszczenia w naszym M są w stanie daleko odbiegającym od porządkowej normy i z anielskim spokojem włączę szklane pudło i pokibicuję z dzieciakami naszym skoczkom ☺ Gdyby chłopaki wyskakali medal (kolor nie ma już znaczenia) oficjalnie rezerwuję sobie prawo do zmiany uszczęśliwiacza dnia 2.

P.S.
No dobra, postaram się zignorować. Przecież nie muszę oglądać skoków nie-Polaków, co teoretycznie daje możliwość ogarnięcia tu i tam.
Sickness. I know. I’m a hopeless case.



Do jutra,
Ola

niedziela, 16 lutego 2014

Challenging myself, czyli Paris rules. Game on. Dzień 1.

Pojawiam się i znikam. Znowu...
Dobrze, że nie muszę przynajmniej wyjaśniać, dlaczego, bo musiałabym brnąć w typowe dla większości rodzaju ludzkiego wymówki.

Ale ja nie o wymówkach chciałam, tylko o moim nowym widzimisię!

Otóż widzimisię to przytaszczyłam z Paryża, gdzie to  – na krótko, bo na krótko, ale jednak – znalazłam się dzięki wielkoduszności jednego z moich obecnych klientów.

Long story short: all expences paid, fantastyczne szkolenie copywritingowe, dobre jedzenie, Notre Dame & inne paryskie cudeńka i paru nowych znajomych, którzy to od jakiegoś czasu bawią się w „100 happy days”.

Zabawa jest prosta jak konstrukcja cepa – każdego dnia wybieramy sobie coś, co nas w tym dniu uszczęśliwiło, opisujemy w dosłownie paru słowach i postujemy na FB.

Jeśli chodzi o postowanie na Fejsie, to nie, dziękuję. Ale po co mi FB, jak mam bloga, który tak pięknie współgra z ideą zabawy.

Toteż rzucam sobie rękawicę i zaczynam od dziś dokumentować moje „100 happy days”.

Dzień 1, czyli dlaczego grypa żołądkowo – jelitowa nie zawsze jest zła...

Zaczęło się w czwartek grypą żołądkowo - jelitową Marcela. Przebieg klasyczny.
W piątek przyszła kolej na Benka. Przebieg klasyczny.
W sobotę – zgodnie z oczekiwaniami poległam ja. Przebieg klasyczny.

Na szczęście teściowa przybyła na ratunek i całą sobotę poświęciła brykającym już ozdrowiałym maluchom. Latinolover zajął się naszym wspólnym projektem (o tym niebawem), ja natomiast, choć cierpiałam, oj cierpiałam, mogłam legalnie i bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia spędzić caluteńką sobotę w łóżku. Cały dzień w łóżku! Te najbardziej uciążliwe objawy ustąpiły dość szybko, umożliwiając mi spanie, leżenie, spanie, leżenie… i tak cały dzień.

Pierwszy raz od dawna grypa żołądkowo jelitowa przyniosła coś dobrego.

A jeszcze lepsze było to, że dziś rano otworzyłam oczy, wstałam i czułam się po raz pierwszy od daaaaawna WYPOCZĘTA i WYSPANA!

A to dzięki grypie żołądkowo – jelitowej ☺


niedziela, 19 stycznia 2014

O tym co sentymentalną 30+ latkę wprawiło dziś rano w dobry humor

Widok słodko (jeszcze) drzemiących małych urwisów??? [cute, very cute, but no!!!]

Tańczące po twarzy promienie słoneczne??? [mogłoby być, ale nie w DE, w środku stycznia, wcześnie rano!]

Zapach świeżo zaparzonej kawy, którą mąż serwuje prosto do łóżka??? [would be nice, ale Latinolover robi się romantyczny dopiero po śniadaniu]

Cóż więc wprawiło sentymantalną trzydziestoparolatkę w doskonały wręcz nastrój jeszcze przed śniadaniem?

[matko kochana, może lepiej się nie przyznawać?????]



[a co mi tam…przyznam się]

Sentymantalną [czasami] trzydziestoparolatkę wprawiło dziś w doskonały nastrój wywijanie zadkiem i śpiewanie wyimaginowaną portugalszczyzną tegoż oto kawałka:


 Kto też to pamięta ???? ☺

Ola