Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 stycznia 2014

O dobrodziejstwach

Koniec i początek roku zawsze skłaniają mnie do przemyśleń.
Intensywniejszych niż na co dzień, bo przemyślenia (te głębsze i te całkiem płytkie) są w zasadzie stałym elementem mojej Codzienności.

I tak wczoraj i dziś myślałam - bardzo intensywnie - o wszystkich dobrodziejstwach minionego roku. Oczywiście myśli o niepowodzeniach wdarły się również – z buciorami, bez zaproszenia, ale naładowana pozytywną energią świąt myślałam o nich krótko i bez żalu.

Ale wracając do dobrodziejstw 2013. Zdałam sobie wczoraj sprawę, że było ich całkiem sporo.
Naprawdę mam za co być wdzięczną.

Za rodzinę. Zwyczajną, niedoskonałą, ale moją. Przepełnioną miłością i życzliwością. Bez niej nie byłoby niczego.

Za zdrowie. Chorób było u nas w 2013 dużo. Nawet w samą Wigilię nie obyło się bez wizyty w dyżurującej przychodni. Ale daliśmy radę. Z każdej walki wyszliśmy obronną ręką.

Za pracę. Nie każdy robi to, co naprawdę lubi, co sam sobie wymarzył, a następnie stworzył. Ja póki co mam to szczęście.

Za przyjaciół. Tych, których mam na co dzień i tych, którzy choć oddaleni o setki kilometrów zawsze są... Wystarczy o nich pomyśleć, a nawet najczarniejsze myśli zaczynają szarzeć.

Za nowe odkrycia: nowe pasje, nowe książki, nową muzykę. Myśl, że przede mną stale będzie coś coś nowego jest przerażająco cudowna. Paraliżująca, a za razem szalenie motywująca.

Za nowe znajomości – tak się złożyło, że w tym roku są one wyłącznie blogowe. Nigdy nie przypuszczałabym, że zaledwie w ciągu roku znajdę tyle pokrewnych dusz, które niemalże każdego dnia wirtualnie wzbogacają moją Codzienność.

Za Szczęścio - Terapię. Klepię się niniejszym po plecach. Well done. Dobrze to sobie wymyśliłaś. Założenie bloga przyniosło multum korzyści (zob. chociażby punkt poprzedni :)). A największą jest dla mnie faktycznie fakt, że Szczęścio - Terapia "zmusza mnie" do delektowania się moimi malutkimi Szczęśliwościami. Naprawdę dobra to dla mnie terapia:)

A co przyniesie 2014?

Zdradzę, że nowego bloga. Postanowiłam udokumentować moje organizacyjne szaleństwa i opisywać je na osobnym blogu pod takim właśnie tytułem. Na razie piszę jeszcze "w ukryciu" ale oficjalny start już niebawem.

Co więcej? Nie mam żadnych oczekiwań. Będę przeszczęśliwa, jeżeli 1ego stycznia 2015 będę mogła skopiować i podpisać się pod treścią dzisiejszego posta☺

Gorące wirtualne uściski dla wszystkich czytających (jawnie i po kryjomu :)).
Wasza Ola




niedziela, 6 października 2013

O lamelach, pająkach i eksperymentach na młodszym rodzeństwie

Kilka dni temu u Marcelińskiego coś gdzieś zrobiło klik.
Dziecię zaczęło ni z tego ni z owego namiętnie gadać.

Do tej pory nasze rozmowy, niezależnie w jakim języku, wyglądały tak:

Ja: Marcelinku, powiedz: proszę.
Marcej: Ajdzia.

Ja: Marcelinku, to jest książka/książeczka. Powtórz: KSIĄŻKA/KSIĄŻECZKA.
Marcel: Ajdzia.

Latinolover: Hijo, eso es mani. Di mani. (Synu, to jest masło orzechowe. Powiedz: masło orzechowe).
Marcel: Ajdzia.

Benio (reagując na intensywne wskazywanie przez Marcela czegoś na ścianie): Tak Marcelinku, to jest pająk. Powtórz: pająk.
Marcel: Ajdzia.

I tak dalej.

Aż tu nagle któregoś dnia zamiast „Ajdzia”, pojawiły się słowa! I to na raz w trzech językach!!!
I tak od kilku dni przerabiamy już:

-    posię (proszę)
-    mani (hiszp. Masło orzechowe)
-    ećka (książeczka)
-    anja (interpretacja hiszpańskiego araña - pająk)

A pani w przedszkolu oznajmiła nam, że Marcel mówi też po niemiecku:

- wasia (Wasser - woda)
- byte (Bitte – proszę)
- ato (Auto)
- alen (Malen - malować)
- mich (Milch - mleko)
- danke (Danke - dziękuję)

Do tego w tym samym czasie dzieciak zaczął budować zdania:

-    Mama, oć tu (Mama chodź tu)
-    Mama, da! (Mama, daj)

Niesamowicie śmiesznie się zrobiło wraz z tym powtarzaniem. I w domu i ponoć też w przedszkolu.

Powtarza się schemat, jaki zaobserwowaliśmy u Benia, czyli: Marcel rozumie w polskim i hiszpańskim wszystko. A mówi te wyrazy, które są w danym języku krótsze. Stąd mamy „anja” (araña), a nie pająk. Jeżeli poproszę go o powtórzenie „pająk” nadal mamy „ajdzia”.

Co ciekawe słowa: proszę, cześć, tata, mama, papa (w znaczeniu do widzenia), tak, nie, dziękuję zna we wszystkich 3ech językach i nigdy ich nie myli. Czyli ja zawszę usłyszę „posię”, Latinolover „favol” (por favor), a pani w przedszkolu „byte” (bitte).

W kwestii Benka, mam na dziś tylko 2 rzeczy.

Pierwsza rzecz to rozwiązanie mrocznej zagadki lameli. Otóż, „byliśmy na lamelach” to skrótowa wersja tej oto (usłyszanej przeze mnie w ramach inwestygacji) historyjki:

„Mamo, byliśmy dzisiaj z dziećmi w cyrku i były zwierzątka! Ta małpka taka skakała i miś był. A potem były lamele i Pan powiedział, że Benio może posiedzieć, ale Miriam [wychowawczyni], powiedziała, że nie, ale Benio powiedział, że tak.”

[…]

Ja: A, czyli w końcu siedziałeś na tych lamelach?
Benio TAK!!!!! Siedziałem!!! A Miriam zdjęcia robiła.
Ja: A jak te lamele wyglądały?
Benio: No, nóżki miały.
Ja: A oczka miały?
Benio: Tak, miały. I uszy też. Dwa. I ogonek. I były takie bardzo bardzo milutkie.

[…]

Czyli wiedziałam, że „lamele” to zwierzątka z miękkim futerkiem, na których najwyraźniej można usiąść, czyli musiały być większe od psa, czy kota. Zaczęłam szukać po niemiecku zwierzęcia spełniającego powyższe kryteria i o nazwie brzmiącej podobnie do „lameli”. Pomyślałam o „Kamel” – wielbłąd, ale okazało się, że to nie to. Zaczęłam więc szukać zwierząt na „la” i tu mnie oświeciło:

Ja: Benio, czy ty siedziałeś na lamie?
Benio (głosem rzeczowym i oczywistym): No tak, na lamie siedziałem, mówię Ci przecież.

[…]

Druga rzecz: Dziś chłopcy bawili się w piaskownicy.
Nagle Marcel wyje.
Wylatuję z domu, a tu Benek ładuje mu łopatką piach pod bluzkę, odchylając kurtkę w okolicy szyi.

Ja: Benek!!!!!! Przestań natychmiast!!!!
Benio: Bo ja mama chciałem zobaczyć, czy mu wyleci z tamtej strony.

[…]

Marcel powył kilka sekund, po czym metodycznie i z anielskim spokojem wziął narzędzie zbrodni, podszedł do Benka i wyrżnął go łopatką w policzek pozostawiając mu pokaźnych rozmiarów pamiątkową szramę.

Dobrej nocy
Ola

niedziela, 8 września 2013

O czterech wcieleniach konewki

Dawno, dawno temu kupiłam konewkę.
Zwykłą taką, metalową w IKEA żeby dzieci miały czym kwiatki podlewać. Naturalnie na metalową i, co tu dużo gadać  - nie najpiękniejszą, konewkę patrzyć bezczynnie nie mogłam, toteż potraktowałam ją białą farbą w sprayu.

I tak oto powstało konewki wcielenie drugie. Efekt przeróbki był zadowalający i jak na mój gust o niebo lepszy od oryginału.

Konewka poszła w ruch zgodny z jej przeznaczeniem - bo dzieci mam bardzo pomocne w kwestiach ogrodowych. I tak z białej, współczesnej i nowej, stała się za sprawą chłopców w zaskakującym tempie naturalnie szarawą, poprzecieraną w miejscach strategicznych i tym samym nabrała zupełnie naturalnie charakteru  VINTAGE.

Tak oto powstało już trzecie wcielenie konewki. I znów – jak na mój gust - wygląda jeszcze lepiej niż jej poprzednie - nieskazitelnie białe wcielenie.

VINTAGE-owa konewka stała się w ciągu lata jednym z ulubionych przedmiotów użytku codziennego i każdego niemalże dnia była wśród dziarskich ogrodników przyczyną przepychanek, kłótni, a nawet od czasu do czasu ran gryzionych, bądź kopanych.

Któregoś dnia miarka się jednak przebrała bo w walce o konewkę poległa część moich przepięknych dalii.
Konewkę skonfiskowałam i ku rozpaczy dziatwy zastąpiłam dwoma nudnymi, plastikowymi kubeczkami IKEA (mamo, ale tu kubki nie mają tego nosa takiego długiego!!!).

Konewka zaś po raz kolejny zyskała nowe wcielenie (czwarte już tego lata) i służy obecnie jako naczynie – wazon. Umieściłam w nim naturalnie to, co dało się uratować ze stratowanych dalii:



Ola

P.S.:
Ja, przytulając Benia do snu: Kocham Cię synku bardzo.
Benio: Ja też Cię kocham.
Ja: Serio? To bardzo mnie to cieszy.
Benio: Serio. Wiesz, ja Cię kocham jak stąd do Santiago. To jest bardzo, bardzo daleko.
Ja: Yhmmm...
Benio (zdziwiony chyba brakiem konkretniejszej reakcji): To znaczy, że Cię baaaardzo kocham, rozumiesz?

wtorek, 3 września 2013

O etykietach, rankingu i mi amor

Zastanawiałam się ostatnio jakie zdania, jakie słowa słyszę od mojego Latinolovera najczęściej.

Mi amor…
Mi cielo…
Mi vida…

…chciałoby się napisać. Hehehehehe. Słyszę to, słyszę, a i owszem.
 Często, ale nie najczęściej.

Pierwsze miejsce w rankingu najczęściej wypowiadanych przez mego lubego słów zajmuje bezkonkurencyjne i najzwyklejsze na świecie nieromantyczne „DONDE”, względnie „WO” tudzież „GDZIE”!!!

Gdzie jest taśma klejąca?
Gdzie są klamerki?
Gdzie piloty?

A nawet:

Gdzie ten mały młotek, który wczoraj kupiłem?

I choć uczciwie muszę przyznać, że część gdziesiów jest w pełni uzasadniona nader częstymi reorganizacjami w szafkach kuchennych, optymalizacją rozmieszczenia przedmiotów użytku codziennego i przemeblowaniami, to jednak lwiej ich części dałoby się uniknąć.

Z biegiem czasu oraz szczodrym przypływem obowiązków, każde kolejne gdzie, donde i wo zaczyna na mnie działać jak płachta na byka. No bo z jakiej racji, ja - zapracowana matka Polka z ciągotami do perfekcjonizmu, których nie bardzo jestem w stanie się pozbyć – mam obciążać swój i tak już przegrzany umysł zapamiętywaniem, gdzie mój luby postanowił zostawić tym razem przedmiot X lub Y?

A winna jestem sobie sama, bo JA ZAWSZE WIEM, GDZIE CO JEST.

Rozwiązanie nasuwa się samo: kłam kobieto, kłam i nie przyznawaj się, że wiesz! Latinolover poszuka parę razy, straci na szukaniu trochę czasu, to się nauczy porządku.

Nic bardziej mylnego. U nas to nie działa. Próbowałam, kłamałam na całego i dobrowolnie przyglądałam się poszukiwaniom a to nakolanników, a to znaczków, a to pompki do roweru.

Latinolover szukał cierpliwie, a mnie trafiał szlag. Po jakimś czasie kończyło się to tak:

Mi amor (mi cielo, mi vida…), nie pamiętasz może gdzie jest X, Y, Z??

W tym tygodniu, ogarnięta ogromną potrzebą organizacji naszej wspólnej przestrzeni (bo jest i niewspólna tj. tylko moja, uświęcona niemalże przestrzeń mojego pokoju do pracy - nieskalana wszędobylskimi bałaganiarzami), rozpoczęłam akcję etykietowania.

Zrobiłam rozeznanie co na pierwszy rzut oka można opisać, wyprodukowałam proste etykiety i etykietuję, opisuję, porządkuję.

W planie mam opisać wszystko, co opisać można. Rozpoczynam od kuchni. Opisuję po polsku (żeby Latinolover oprócz porządku uczył się polskiego) i hiszpańsku (żeby panoszący się od czasu do czasu w kuchni teść – kucharz hobbystyczny – potrafił się w niej odnaleźć bez kolejnych „donde”).

Zobaczymy, czy plan się powiedzie. I z etykietowaniem i z nauką polskiego. Jutro popstrykam i pokażę, co udało mi się już opisać.

Ciao,
Ola vel zapracowana matka Polka z ciągotami do perfekcjonizmu, których nie bardzo jest w stanie się pozbyć.


wtorek, 20 sierpnia 2013

O wyrodnej matce

Wyrodna matka to ja. Choć tak do końca to sama nie wiem, czy naprawdę taka aż wyrodna. Dla niektórych pewnie tak. Posłuchajcie.

Jak wspominałam, dziatwa moja składa się z dumnej dwójki, która odczuwa się najczęściej jak intensywna czwórka, a czasami jak rozwydrzona dziesiątka.

Benio – egzemplarz starszy ma duże problemy z koncentracją. Toteż ja – matka do niedawna jeszcze całkiem niewyrodna – czytałam, pytałam, rozmawiałam i wypróbowywałam dobre rady mądrych ludzi, coby tej marnej koncentracji jakoś zaradzić.

Niestety bez skutku.

Aż w końcu będąc na wakacjach, zupełnie niechcący wpadłam na pomysł. Pomysł zrodził się w następujących okolicznościach.
Korzystając z okazji, że dziatwa była pod opieką najlepszą z możliwych (mama - pedagog z wieloletnim stażem, a zarazem najbardziej oddana i spełniona babcia na świecie), wypuściłam się na zakupy. A na zakupy chodzić uwielbiam, ale to już całkiem na bajka. Tak czy siak, będąc w istnym amoku zakupowym,  nie zapomniałam o wiernej dziatwie cierpliwie czekającej na mnie w domu i kupiłam każdemu po małym gumowym autku, w sam raz do zabaw w kąpieli.

Po powrocie ja, stęskniona matka, podarowałam latoroślom symboliczy prezent. Latorośle wzięły, popatrzyły, poobracały, pośliniły (młodsza latorośl), pobawiły się kilka minut, po czym zajęły się czymś innym.

Ja – matka wtedy jeszcze niewyrodna – trochę byłam rozczarowana. Autka naprawdę były przesłodkie. A oni je po prostu olali.

I wtedy mnie tknęło.
Ameryki po raz drugi nie odkryłam, ale wreszcie dotarło do mnie: oni chyba mają przesyt. Za dużo zabawek, za dużo bodźców, za dużo stymulacji.

Z anielskim spokojem sięgnęłam po telefon, zadzwoniłam do lubego, wyjaśniłam zajście i poprosiłam, żeby podczas naszej nieobecności spakował cały ten zabawkowy kram do pudeł i wstawił do mojego biura.

Luby tak też zrobił.

Po powrocie do Berlina pokój dziecięcy był pusty. Została szafa z ciuchami, materac, regały, fotki na ścianie.

Zero zabawek.
Zero puzzli.
Zero gier.
Zero książek.

Benio wszedł do pokoju, popatrzył i nie powiedział NIC!!!

Ani jednego pytania, gdzie jego zabawki. Byłam w szoku. Nastawiłam się na płacz, wrzaski, dochodzenie, żądania zwrotu itd.
A tu nic.

Na drugi dzień wysłałam chłopaków do stęsknionych abuelos (drugich dziadków), a sama zajęłam się remanentem zabawkowego kramu zgromadzonego w moim biurze.

Grzechotki i wszelki drób, którym chłopcy i tak już się od dawna nie bawili oddałam do pobliskiego przedszkola i żłobka.

Książki i zabawki o wartości bardzo emocjonalnej (dla mnie) zostawiłam. Następnie opróżniłam jedną komodę w moim biurze i zapakowałam do niej to co pozostało:

Szuflada nr 1: puzzle dla małolata
Szuflada numer 2: piłki
Szuflada numer 3: auta
Szuflady: 4,5,6: inne zabawki, których z jakiś tam powodów nie mogłam lub nie chciałam się pozbyć.

Książki dziecięce powędrowały z braku miejsca u mnie, z powrotem do pokoju chłopców, ale na górne półki. Bardziej zzawansowane puzzle i gry do pudeł i wysoko na szafę. Lego do wielkiego pudła po pampersach, które ukryłam w czeluściach szafy Marcela. Klocki drewniane w szafie Benka.

Pokój chłopaków wygląda smutno. Mnie było/jest smutno jak w nim przebywam. Czułam/Czuję się jak wyrodna matka.

Po dwóch dniach bez zabawek Benio zapytał co się z nimi stało. Powiedziałam, zgodnie z prawdą, że część oddałam innym dzieciom, a resztę schowałam.
- A dlaczego schowałaś?
- Bo się nimi bawiliście tylko przez chwilkę, a zabawki lubią, jak dzieci bawią się nimi dłużej.
- A.

- A książki dlaczego są tak wysoko?
- Bo znudziło mi się, że cały czas musiałam je sprzątać.
- A dlaczego musiałaś sprzątać?
- Bo Wy nie chcieliście, a ja nie lubię bałaganu.

Teraz panuje zasada: jedno dziecko = jedna zabawka.
Czy moje drastyczne posunięcie przyniesie oczekiwane rezultaty? Zobaczymy.
Póki co, po 2 tygodniach eksperymentu zauważyłam:

1. Zaoszczędzony czas.
Na ogół kilka razy dziennie sprzątałam i upychałam gdzie się dało wszędobylskie zabawki. Teraz nie ma czego sprzątać, więc odzyskałam ok 10-15 min. dziennie.

2. W niedzielę dałam chłopcom do zabawy plastelinę. Bawili się w swoim pokoju sami przez… 30 minut!!!!! Dla mnie to istny cud, bo choć Marcelowi zdarzało się dłużej czymś zająć, to w przypadku Benka doświadczyłam czegoś takiego po raz pierwszy w życiu.

3. Dzisiaj Benio poprosił o pudełko z puzzlami. Układał je siedząc przy stole przez 35 minut. Nie wstał ani razu. Coś takiego nie zdarzyło się do tej pory NIGDY. Bez ściemy.

4. Marcel wziął kawałek gazety i ZROBIŁ sobie SAM z niej piłkę. Bawił się nią bez przerwy przez 10 min.

Dla mnie sukces, choć przyznaję, że nadal mam więcej wątpliwości niż pewności, że to, co robię jest właściwe.

Pożyjemy, zobaczymy.

piątek, 16 sierpnia 2013

O Nówce i endorfinach

Oj leniłam się.
W kwestii blogowania. Głównie.

W innych też, ale co tam, absolutna szczerość mnie nie obowiązuje, bo zgodnie z zamierzeniem pierwotnym, blog ma być zapisem tego, co mnie uszczęśliwia.

A z tym lenieniem to też nie do końca prawda.

Dzisiejsze przebudzenie i powrót (chyba) na łono blogowego świata jest efektem wyjątkowo intensywnego zastanawiania się.

Zastanawiałam się dziś bowiem nad rzeczami wieloma. Takimi może i wartymi wspomnienia, ale też takimi, które lepiej przemilczeć, bo wstyd się przyznać (nawet przed sobą), że człowiek się nad nimi zastanawia.

Zastanawiałam się między innymi, jak wytłumaczyć (sobie) tę moją blogową przerwę. I naturalnie na pierwszy ogień poszłam po najmniejszej linii oporu przypisując winę wiosenno – letniemu lenistwu.

Czy intensywność blogowania własnego + wpadania na inne blogi + komentowania, jest odwrotnie proporcjonalna do czasu obecności słońca na niebie?
Może jest efektem kompromisów? Albo jakiegoś konformizmu?

Bo przecież pisać byłoby o czym.
Mój świat nie zatrzymał się nagle w miejscu, tylko dalej truchtał sobie w swoim zwyczajowym tempie, czasem podskakując jak czterolatek, a czasem wlokąc się ociężale.

Dalej piekłam ciasta, dalej przestawiałam graty, dalej kleiłam, podróżowałam, pieliłam, organizowałam, pracowałam, słuchałam, obserwowałam, śmiałam się i płakałam. A moja dziatwa dalej produkowała twory, na których pożywiłby się niejeden językoznawca.

Krótko mówiąc materiał do pisania znalazłby się.
Tylko chęci wybrały się na urlop.

Ale chyba właśnie zapowiedziały powrót. Chyba. Bo na razie tak jakoś nieśmiało się czają. No nic, zobaczy się. Jak to ja często powtarzam: będzie co ma być.

A dziś będzie o drobince szczęścia dnia dzisiejszego (drobinek było z pewnością dziś więcej, ale TA była największa).

Otóż wytaszczyłam z piwnicy rower. Pięcioletnia Nówka.

Tak, tak nie pomyliłam się. Zakupiłam to cudo ponad 5 lat temu z zamiarem regularnego ujeżdżania go we wszelkich możliwych celach od rekreacyjnych począwszy, na czystko praktycznych skończywszy. I tak oto złożyło się, że moją pierwszą przejażdżką, była wizyta u mojej pani ginekolog.
Pani ginekolog potwierdziła mi podczas tej pamiętnej wizyty, że jestem w ciąży i choć sport jest generalnie cacy, to niech ja lepiej tę moją Nówkę odstawię na kilka tygodni do piwnicy, tak na wszelki wypadek, żeby się wszystko ładnie uleżało i porządnie zagnieździło. 
No więc ja rower grzecznie zapięłam, kask w rękę i dalejże na metro. Przyszły tatuś przyjechał tegoż dnia po Nówkę i wstawił do piwnicy. I tak sobie bidula czekała w kompletnym zapomnieniu aż po dziś dzień.

Dziś podczas mojej sesji Być-Albo-Nie-Być, przypomniało mi się jak przez mgłę, że ja chyba mam w piwnicy rower i tak oto Nówka ujrzała światło dzienne. Po szybkich pracach konserwacyjnych i kilku próbnych okrążeniach na parkingu (tak, czułam się jak Bambi, który uczy się chodzić), uznałam, że jestem gotowa i udałam się Nówką na wieczorne zakupy.

Rany, jak frajda.
Dobrze, że komarów nie było, bo śmiałam się jak głupi do sera.
Sporo endorfin musiało mi się wydzielić, bo z tej radości, oprócz chleba naszego powszedniego po który pojechałam, spontanicznie zakupiłam części składowe jakiegoś nieziemskiego deseru (jeszcze bliżej niezdefiniowanego), który jutro, jadąc dalej na endorfinach, z pewnością wyprodukuję.

wtorek, 21 maja 2013

O Litanii, kłodach i leniu.

Dziś pękłam.
Z dumy.
Pękłam, bo udało mi się wreszcie wystawić na aukcje kilkanaście zalegających rzeczy, które na przejście w ręce innych właścicieli czekają już od kilku miesięcy.

Oczywiście większość z Was puka się teraz znacząco w czaszkę, tudzież mózg Wasz generuje właśnie nad Waszymi głowami wielki znak zapytania, no bo, tak szczerze mówiąc, z czego ta kobita jest taka dumna???

A ja właśnie jestem dumna i już.

Jestem z siebie dumna, bo pokonałam wewnętrznego lenia, który w tej właśnie aukcyjnej kwestii skutecznie się ze mnie nabijał już od dawna. I pokonałam tego konkretnego lenia mimo tego, że na swoją kolejkę czeka tysiąc innych niedokończonych jak zwykle spraw.

Leń pokonany został w takich oto okolicznościach.

Spokojny dzień. Ja (korzystając ze względnego spokoju jaki zawdzięczamy nowej książeczce z piszczącymi obrazkami) pracuję i próbuję stworzyć jakieśtam kreatywne teksty dla jednego z klientów. Jednocześnie (! Tak - obowiązkowy przy dzieciarni multitasking) biegam po mieszkaniu z odkurzaczem usuwając spod nóg wszędobylskie zabawki.

I wtedy właśnie po raz kolejny już potykam się o niepotrzebny już pobeniowy i pomarceliński kojec i po raz kolejny już pocieram bolącego palca prawej stopy i po raz kolejny odczuwam nieodpartą chęć na litanię zdecydowanie niepobożną….

Niepobożna litania została dobitnie wyartykułowana - nie byłam w stanie sobie odmówić. Szczęśliwym trafem wielce ciekawskie dziecko numer 1, które z nowego słownictwa zapewne zrobiłoby natychmiastowy użytek, było jeszcze w przedszkolu, a dziecko numer 2 z największym zainteresowaniem wysłuchało sobie litanii z politowaniem patrząc na swą podskakującą na jednej nodze rodzicielkę.

Litania oczekiwanej ulgi nie przyniosła. Ale za to naprawdę obolały palec u nogi zmusił mnie do pozostawienia odkurzacza na środku pokoju (ku radości Marcelińskiego!), obfotografowania kojca i stworzenia stosownego opisu i natychmiastowego wystawienia kojca na aukcję! I tak mnie to ucieszyło i zmobilizowało, że poszłam za ciosem i wystawiłam na sprzedaż kilkanaście innych kłód i potencjalnych wywoływaczy niepobożnych litanii.

I tyle. Dalej jestem w trybie działania, stąd dzisiejszy spontaniczny wpis. Przy okazji ściągania fotek kojca i reszty, wpadło mi w oczy parę innych rzeczy, które pokazuję już też od jakiś kilku miesięcy:)) 

Kiedyś przechodząc obok naszego 1 EURO Laden zauważyłam wyblakły wiklinowy koszyk. Weszłam, zachwyciłam się i mam. Trochę ziemi, muszelek, kamieni i różowego kwiecia i powstała taka ot, wdzięczna moim skromnym zdaniem kompozycja:




Ponadto dorwałam się znowu do papierów, nożyczek, kleju itp. i powstała kartka komunijna:




I jeszcze na koniec coś mega słodkiego: bezowy tort porzeczkowy...
Przepis tu, tyle że ja wzięłam dżem porzeczkowy bo akurat był pod ręką, a na zwalczanie lenia pod tytułem : "wstań, przebierz się w człowieka i idź do sklepu po truskawki i rabarbar" ochoty akurat nie miałam.

Ilość kalorii: nie do przeliczenia
Ilość radochy z jedzenia: nie do przeliczenia

Czyli wszystko dozwolone, bo wychodzimy na zero :)

 
A na koniec radosna twórczość Benka. Ćwiczymy czytanie metodą sylabową. Idzie ok. raz z górki raz pod. Omawiamy sobie sylabę PO.

Ja: Posłuchaj Benio. PO - to tak jak POciąg, POmagać, POlicja.
Benio: Tak wiem. PO. Tak jak (i tu jednym ciągiem): POspiesz się synu bo nie mamy całego dnia!


Ciao, Ciao.
O.

sobota, 9 lutego 2013

Legginsy i wyznania

-->
Miałam dziś nie pisać. 
Ale muszę, bo chcę zapisać sobie, co powiedział mi dziś Benio :)

A zaczęło się wszystko tak...

Wygodne legginsy, rozciągnięty sweter, grube, ciepłe skarpety i zero makijażu.

Przed oczami wyłania się sielski obrazek, nieprawdaż? Oczekiwanym kolejnym zdaniem byłoby coś w stylu: ulubiony fotel, milutki kocyk, na stoliku obok kubek z aromatyczną herbatą, a w ręku dobra książka.

Nic z tych rzeczy. Dziś będzie inaczej. Dziś będzie tak:

Wygodne legginsy, rozciągnięty sweter, grube, ciepłe skarpety i zero makijażu. Ten obrazek to ja w ciągu tygodnia. 
Praca w systemie home-office ma swoje zalety. Podstawową jest to, że człowiek nic NIE MUSI. Nie trzeba stawiać się w pracy o określonej porze, nie trzeba wychodzić z domu, gdy za oknem plucha, nie trzeba nawet wyskakiwać z ciepłego łóżka. To wszystko możliwe jest oczywiście, jeżeli pracująca w systemie home office osoba nie jest mamą dwójki małych chłopców, przy których człowiek nieustannie coś MUSI. Ale to jest już opowieść na inny dzień.

Wracając do tematu głównego. Po wykonaniu wszystkich MUSIÓW związanych z byciem mamą, codziennie ok 9.30 otwieram drzwi do mojego białego pokoju, siadam w moim białym fotelu przy moim białym biureczku, otwieram mojego białego laptopa i pracuję. W wygodnych legginsach, rozciągniętym swetrze, grubych, ciepłych skarpetach i BEZ makijażu. W efekcie, taka bezmakijażowa i nieelegancka ja to widok, do którego moje małe urwisy (1 rok z haczykiem + 4 lata z hakiem) są przyzwyczajone.

Dziś było inaczej. Bo dziś sobota. Bo dziś są u nas moi rodzice. Bo dziś było jakoś więcej czasu. Bo dziś byliśmy zaproszeni na urodzinowy brunch Julki.

Korzystając z okazji, że wychodzę do ludzi (!) przepoczwarzyłam się z kobiety jaskiniowej w kobietę niemalże elegancką. Jednym z elementów „kobiety eleganckiej” w moim wydaniu jest makijaż, wykonaniu którego oddałam się z ogromna lubością.

Moim poczynaniom przyglądał się zachwycony (!!!) Benio (4 + hak), nieustannie komentując i zadając, jak to Benio, mnóstwo pytań (a po co, a dlaczego, a co to, itd.).

Sytuacja 1

Szczotkuję włosy. Widząc to Benio mówi: Mami, gdzie mój grzebień? Ja też chcę się peinać*.

czesać się po hiszpańsku: peinar.

Moje 3 - języczne dziecko, czasami się w tych polsko – hiszpańsko – niemieckich koniugacjach gubi, w efekcie czego powstają hybrydy typu „peinać lub jak innego dnia:

Banio, mój mąż i ja w kuchni. Ja coś tam gotuję.
Mój M.: Benio, ¿qué está haciendo la mami? (Benio, co robi mama?)

Polska poprawna wersja: Mama gotuje.
Hiszpańska poprawna wersja: La mami está cocinando.
Wersja Benia: La mami está gotowando*.

Sytuacja 2

Benio: Mami, co robisz?
Ja: Robię makijaż.
Benio: A dlaczego robisz ten makijaż?
Ja: Bo idziemy na urodziny i chcę ładnie wyglądać.
Benio: Mami, ale ty przecież cały czas ładnie wyglądasz! Ty jesteś, ta, no jak to było, aaa wiem, śliczna jesteś.

Fajnie usłyszeć coś takiego i zdać sobie sprawę, że dla takiego malucha nawet bez makijażu i w rozciągniętych domowych aranżacjach ciuchowych wygląda się jak najładniej na świecie.

O.

piątek, 8 lutego 2013

Kreatywność na wyczerpaniu.


Od kilku tygodni jestem kreatywna na zamówienie, czyli innymi słowy mam deadline i tworzę teksty dla klientów. A wszystko niestety w szaleńczym wręcz tempie, na łeb, na szyję, na nogi i na wszystko inne. Moja wena twórcza powoli się na mnie obraża i ma już zdecydowanie powyżej uszu bycia na każde moje zawołanie... No cóż, może potowarzyszy mi jeszcze przez kilka dni (i nocy)...

Tyle się ostatnio natworzyłam, że na moje własne teksty (czyt. blogowanie itepe) kompletnie brak mi czasu i nawet troszkę ochoty (ileż więcej można ślęczeć przed laptopem, jeżeli nawet się z nim sypia...). A pisać byłoby o czym, bo mimo zawodowego kołowrotka, nagromadziło mi się ostatnimi czasy trochę wyzwalaczy szczęścia, o których chciałabym wspomnieć. Ale na to potrzebuję kilku spokojnych chwil i światła dziennego na pstrykniecie dowodów rzeczowych. Dziś więc tylko zapowiedź.

Deadline mam w poniedziałek, więc od wtorku wracam do Szczęścioterapii:)
Ola

sobota, 26 stycznia 2013

Rosołowe postanowienia

Dziś krótko i filozoficznie.

Było to pewnego pięknego słonecznego dnia w wakacje po maturze. Matura zaliczona po Lady Punkowemu na pięć, egzamin na wymarzoną uczelnię zdany, słońce grzało jak na prawdziwe lato przystało, a ja z moją przyjaciółką Kalą, spędzałam jedne z najbardziej szalonych, nieodpowiedzialnych i naturalnie fantastycznych wakacji w życiu.

I właśnie wtedy pomiędzy jednym nicnierobieniem, a drugim padło z moich ust stwierdzenie(a), że ja to stworzona jestem do czegoś lepszego niż do (mycia) garów, że ja to dziećmi i mężami głowy zawracać sobie nie będę, że ja nigdy nie będę gotować w niedzielę rosołu, że teraz studia, a po studiach Bóg wie co...
I naprawdę święcie w to wszystko wierzyłam.

I oto dziś, jak to na ironię losu przystało, przypomniałam sobie o tym gorącym lecie, szaleństwach i moich obietnicach, w takich oto okolicznościach:

  • stoję sobie w mojej kuchni doglądając rosołu „na niedzielę”
  • z piekarnika dochodzi zapach sernika z kakaową kruszonką, zrobionego od A do Zet przez mnie, bez pomocy Pana Oetkera.
  • w pokoju obok, Benio tłucze Marcela (jak wykazało późniejsze śledztwo za karę, bo Marcel rzekomo go obślinił. Na mój wyrzut: jak możesz Benio, Marcel jest malutki, rosną mu ząbki i dlatego się ślini, Benio odpowiedział: ale mama, nie denerwuj się, ja go tylko ręką biłem, nie młotkiem (!!!))
  • mąż, u mego boku, oddaje się swojej pasji czyli gotowaniu podśpiewując sobie jakieś tam chilijskie rytmy

I tak chłonąc to wszystko i pławiąc się w niesamowitym uczuciu szczęścia i spełnienia, doszłam do zapewne banalnego wniosku, że człowiek siebie chyba nigdy tak naprawdę nie pozna. I przyznam, że myśl ta mnie ucieszyła... Ciekawe, które z moich obecnych Do's and Don'ts przeminą z wiatrem tak samo jak przeminęło postanowienie rosołowe.

Dobrej nocy,
Ola 

wtorek, 1 stycznia 2013

O ŁAŁ i o HMMM...

Pierwszy dzień Nowego Roku jest dla mnie zawsze dniem wyjątkowym. Uwielbiam nowe początki, nowe postanowienia, nowe wyzwania i nowe nadzieje.  

To trochę, jak z nieodpakowanym prezentem.

Już go dostałam, trzymam go w ręce, mnę papier, mocuję się ze wstążką i tak długo, jak tylko mogę gram na czas delektując się tym właśnie oczekiwaniem. Dlaczego? Bo po odpakowaniu jest różnie – raz jest ŁAŁ, a raz HMMMMM
 
Świadomość, że mam przed sobą 365 dni, które jeszcze się nie wydarzyły i za których kształt jestem (po części przynajmniej) odpowiedzialna, sprawia, że po plecach przebiega mi dreszczyk. 
Dreszczyk dwulicowy, bo tak jak z prezentem - zawartość może być fantastyczna, albo taka sobie.
 
Ale sama ta świadomość, to oczekiwanie i wyobrażenia co też ten rok przyniesie są tym co lubię najbardziej :)
 
Oczywiście twardo stąpająca po ziemi jedna część mojej natury podpowiada mi, że we wszystkim musi być równowaga. Każdą radość równoważy jakiś smutek, na każdą nadzieję przypada rozczarowanie itd.
 
Na szczęście druga połówka mojej natury regularnie buja w obłokach, przez co argumenty stricte racjonalne są w cudowny sposób równoważone!
 
Ale do rzeczy i moich noworocznych postanowień. W zasadzie mam tylko jedno, opisane w detalach na stronie Idea bloga – a jest nim dokumentować moje prywatne małe szczęścia.
 
Pierwszy dzień nowego roku wydawał mi się najlepszym dniem na „upublicznienie” mojej blogowej przygody, którą „na próbę” rozpoczęłam w grudniu.
 
Czy wyniknie z niej ŁAŁ, czy HMMM.... zobaczymy! Ja w każdym razie cieszę się na samą myśl o pisaniu i wynajdowaniu w mojej codzienności tych malutkich, często niedostrzeganych drobinek szczęścia dzięki którym w zasadzie każdy dzień powinien być jednoznacznym ŁAŁ-em!

Wszystkich Was zapraszam do towrzyszenia mi w odkryciach i dodawania swoich trzech groszy w postaci komentarzy! 
 
Do następnego razu,
Ola

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Bo organ nieużywany zanika

Organ nieużywany zanika, mawiała moja polonistka, przekonując nas do częstszych wypowiedzi ustnych. W obawie przed zanikiem części mojego mózgu odpowiedzialnej za, w miarę składne, pisanie w języku ojczystym, postanowiłam wprowadzić w życie ideę od dawna pałętającą się na liście moich ToDo's. A oto i ona: Mój blog i ja.

Ponieważ jest to mój pierwszy post, wybaczcie mi proszę, że będzie on nieco dłuższy niż zapewne nakazują zasady blogowego savoir vivre. 
Chociaż, w zasadzie to może zamiast wybaczać przyzwyczajcie się do dłuższego czytania, bo ja lubię po prostu lubię pisać! Lubię słowa. Lubię je czytać i zapisywać, lubię się nimi bawić. Lubię to, że choć każde słowo jest w gruncie rzeczy czymś bardzo konkretnym, to razem tworzą zaskakujące pejzaże i mezaliansy tak ciekawe, że grzechem byłoby ich nie zapisać. 
 
Odkąd pamiętam zawsze mam coś do zanotowania: rzeczy, które mnie zachwycą, zezłoszczą, rozśmieszą, zmuszą do refleksji, komentarza na facebooku, etc. No ale ileż można mieć karteluszek, zabazgranych serwetek, papierków od gum, notatników, przypomnień w komórce czy folderów w laptopie?

Możliwości, jakie daje blog spadły mi jak z nieba. Miejsca do pisania jest dużo, cierpliwość arkuszy elektronicznych praktycznie nieograniczona, a w dodatku można tymi swoimi fascynacjami dzielić się z innymi!

Toteż decyzja zapadła, przeprowadzka nastąpiła, a ja z dniem dzisiejszym dołączam do grona bloggerek! Ku pochwale słowa pisanego. I ku pochwale kultury chilijskiej. I polskiej. I niemieckiej. I nade wszystko ku pochwale tych wszystkich drobnostek i niedoskonałości, dzięki którym szaro-bura rzeczywistość nabiera zapierających dech w piersiach odcieni ciepłego szczęścia...

Dobrej nocy

Ola