niedziela, 8 września 2013

O czterech wcieleniach konewki

Dawno, dawno temu kupiłam konewkę.
Zwykłą taką, metalową w IKEA żeby dzieci miały czym kwiatki podlewać. Naturalnie na metalową i, co tu dużo gadać  - nie najpiękniejszą, konewkę patrzyć bezczynnie nie mogłam, toteż potraktowałam ją białą farbą w sprayu.

I tak oto powstało konewki wcielenie drugie. Efekt przeróbki był zadowalający i jak na mój gust o niebo lepszy od oryginału.

Konewka poszła w ruch zgodny z jej przeznaczeniem - bo dzieci mam bardzo pomocne w kwestiach ogrodowych. I tak z białej, współczesnej i nowej, stała się za sprawą chłopców w zaskakującym tempie naturalnie szarawą, poprzecieraną w miejscach strategicznych i tym samym nabrała zupełnie naturalnie charakteru  VINTAGE.

Tak oto powstało już trzecie wcielenie konewki. I znów – jak na mój gust - wygląda jeszcze lepiej niż jej poprzednie - nieskazitelnie białe wcielenie.

VINTAGE-owa konewka stała się w ciągu lata jednym z ulubionych przedmiotów użytku codziennego i każdego niemalże dnia była wśród dziarskich ogrodników przyczyną przepychanek, kłótni, a nawet od czasu do czasu ran gryzionych, bądź kopanych.

Któregoś dnia miarka się jednak przebrała bo w walce o konewkę poległa część moich przepięknych dalii.
Konewkę skonfiskowałam i ku rozpaczy dziatwy zastąpiłam dwoma nudnymi, plastikowymi kubeczkami IKEA (mamo, ale tu kubki nie mają tego nosa takiego długiego!!!).

Konewka zaś po raz kolejny zyskała nowe wcielenie (czwarte już tego lata) i służy obecnie jako naczynie – wazon. Umieściłam w nim naturalnie to, co dało się uratować ze stratowanych dalii:



Ola

P.S.:
Ja, przytulając Benia do snu: Kocham Cię synku bardzo.
Benio: Ja też Cię kocham.
Ja: Serio? To bardzo mnie to cieszy.
Benio: Serio. Wiesz, ja Cię kocham jak stąd do Santiago. To jest bardzo, bardzo daleko.
Ja: Yhmmm...
Benio (zdziwiony chyba brakiem konkretniejszej reakcji): To znaczy, że Cię baaaardzo kocham, rozumiesz?

czwartek, 5 września 2013

O wywnętrzaniu się czyli jak krowie na rowie

Siedzę sobie tak i rozmyślam nad tym, czy faktycznie zamieścić tu fotki z moich organizacyjno – etykietowych rewolucji, jakie to ostatnimi czasy mają miejsce w naszych 4 ścianach.

Twórczego w tym nic.
Estetyki też zero.
Banał organizacyjny, bo każdy ma przecież jakiśtam swój system.

No i nie wiem naprawdę, czy uchodzi aż tak się wywnętrzać (w 100% dosłownym znaczeniu tego słowa) pokazując wnętrza moich szafek.

Ale suma summarum (ulubione powiedzonko mojego taty) blog jest mój i o tym co mnie kręci. A ta banalna organizacja, choć pewnie trudno w to uwierzyć (moja mama nie uwierzy nigdy w życiu), kręci mnie i nakręca na całego.

A więc, here goes nothing.

Na pierwszy ogień poszła lodówka.

Wywaliłam wszystko i popatrzyłam, czy da się to pogrupować na jakieś kategorie.
Dało się.
Dało się zmienić stan większości rzeczy z „wolnostojących” (czyli wciśniętych tam, gdzie popadnie) na „w pojemnikowym związku z” (czyli przypisanych do grupy produktów podobnych).

I tak na półce 1 mamy

-    koszyk z przyprawami (majonez – patriotycznie TYLKO kielecki, ketchup, musztardę, tabasco, chili, alioli)
-    piętrowy pojemnik na wędlinę i ser krojony
-    sekcja kawowa (puszka z ziarenkami do mielenia, malutki pojemniczek z jednorazową porcja kawy i mleko do kawy)



Półka 2

-    koszyk z nabiałem (jogurty, serki, śmietana, creme fraiche)
-    koszyk MIX (wszystko co nie podchodzi pod pozostałe kategorie, a w lodówce musi zawsze być, czyli: słoik z ogórkami kiszonymi, słoik z suszonymi pomidorami w oliwie, koncentrat pomidorowy, i inne rzeczy)


Półka 3

-    wszystkie szmery bajery na kolację/śniadanie (jak w kuchni stołu brak i wszystkie posiłki je się przy dużym stole w innym pokoju, to człowiekowi odechciewa się z każdą pierdółką osobno łazić. Stąd kolacjowo – śniadaniowy mix jest w pudełku.



Półka 4

- pojemnik na sery w kawałkach i leftovers, czyli obiad na drugi dzień, jak został:)


Półka 5

- warzywa, owoce



A z daleka tak oto się to prezentuje:




Ustawa o nowych porządkach lodówkowych weszła w życie kilka dni temu i póki co sprawdza się rewelacyjnie. Chyba dlatego, że nie ma miejsca na zrobienie bałaganu, bo tyle tych pudeł nastawiałam. No i opisałam jak krowie na rowie, więc jak ktoś położy coś nie tam gdzie powinno być, to już ewidentnie z premedytacją i świnia!

Dalsza część szaleństwa opisowego trwa.
Efekty niebawem.
Oj dzieje się u mnie, dzieje.
O.

wtorek, 3 września 2013

O etykietach, rankingu i mi amor

Zastanawiałam się ostatnio jakie zdania, jakie słowa słyszę od mojego Latinolovera najczęściej.

Mi amor…
Mi cielo…
Mi vida…

…chciałoby się napisać. Hehehehehe. Słyszę to, słyszę, a i owszem.
 Często, ale nie najczęściej.

Pierwsze miejsce w rankingu najczęściej wypowiadanych przez mego lubego słów zajmuje bezkonkurencyjne i najzwyklejsze na świecie nieromantyczne „DONDE”, względnie „WO” tudzież „GDZIE”!!!

Gdzie jest taśma klejąca?
Gdzie są klamerki?
Gdzie piloty?

A nawet:

Gdzie ten mały młotek, który wczoraj kupiłem?

I choć uczciwie muszę przyznać, że część gdziesiów jest w pełni uzasadniona nader częstymi reorganizacjami w szafkach kuchennych, optymalizacją rozmieszczenia przedmiotów użytku codziennego i przemeblowaniami, to jednak lwiej ich części dałoby się uniknąć.

Z biegiem czasu oraz szczodrym przypływem obowiązków, każde kolejne gdzie, donde i wo zaczyna na mnie działać jak płachta na byka. No bo z jakiej racji, ja - zapracowana matka Polka z ciągotami do perfekcjonizmu, których nie bardzo jestem w stanie się pozbyć – mam obciążać swój i tak już przegrzany umysł zapamiętywaniem, gdzie mój luby postanowił zostawić tym razem przedmiot X lub Y?

A winna jestem sobie sama, bo JA ZAWSZE WIEM, GDZIE CO JEST.

Rozwiązanie nasuwa się samo: kłam kobieto, kłam i nie przyznawaj się, że wiesz! Latinolover poszuka parę razy, straci na szukaniu trochę czasu, to się nauczy porządku.

Nic bardziej mylnego. U nas to nie działa. Próbowałam, kłamałam na całego i dobrowolnie przyglądałam się poszukiwaniom a to nakolanników, a to znaczków, a to pompki do roweru.

Latinolover szukał cierpliwie, a mnie trafiał szlag. Po jakimś czasie kończyło się to tak:

Mi amor (mi cielo, mi vida…), nie pamiętasz może gdzie jest X, Y, Z??

W tym tygodniu, ogarnięta ogromną potrzebą organizacji naszej wspólnej przestrzeni (bo jest i niewspólna tj. tylko moja, uświęcona niemalże przestrzeń mojego pokoju do pracy - nieskalana wszędobylskimi bałaganiarzami), rozpoczęłam akcję etykietowania.

Zrobiłam rozeznanie co na pierwszy rzut oka można opisać, wyprodukowałam proste etykiety i etykietuję, opisuję, porządkuję.

W planie mam opisać wszystko, co opisać można. Rozpoczynam od kuchni. Opisuję po polsku (żeby Latinolover oprócz porządku uczył się polskiego) i hiszpańsku (żeby panoszący się od czasu do czasu w kuchni teść – kucharz hobbystyczny – potrafił się w niej odnaleźć bez kolejnych „donde”).

Zobaczymy, czy plan się powiedzie. I z etykietowaniem i z nauką polskiego. Jutro popstrykam i pokażę, co udało mi się już opisać.

Ciao,
Ola vel zapracowana matka Polka z ciągotami do perfekcjonizmu, których nie bardzo jest w stanie się pozbyć.


wtorek, 20 sierpnia 2013

O wyrodnej matce

Wyrodna matka to ja. Choć tak do końca to sama nie wiem, czy naprawdę taka aż wyrodna. Dla niektórych pewnie tak. Posłuchajcie.

Jak wspominałam, dziatwa moja składa się z dumnej dwójki, która odczuwa się najczęściej jak intensywna czwórka, a czasami jak rozwydrzona dziesiątka.

Benio – egzemplarz starszy ma duże problemy z koncentracją. Toteż ja – matka do niedawna jeszcze całkiem niewyrodna – czytałam, pytałam, rozmawiałam i wypróbowywałam dobre rady mądrych ludzi, coby tej marnej koncentracji jakoś zaradzić.

Niestety bez skutku.

Aż w końcu będąc na wakacjach, zupełnie niechcący wpadłam na pomysł. Pomysł zrodził się w następujących okolicznościach.
Korzystając z okazji, że dziatwa była pod opieką najlepszą z możliwych (mama - pedagog z wieloletnim stażem, a zarazem najbardziej oddana i spełniona babcia na świecie), wypuściłam się na zakupy. A na zakupy chodzić uwielbiam, ale to już całkiem na bajka. Tak czy siak, będąc w istnym amoku zakupowym,  nie zapomniałam o wiernej dziatwie cierpliwie czekającej na mnie w domu i kupiłam każdemu po małym gumowym autku, w sam raz do zabaw w kąpieli.

Po powrocie ja, stęskniona matka, podarowałam latoroślom symboliczy prezent. Latorośle wzięły, popatrzyły, poobracały, pośliniły (młodsza latorośl), pobawiły się kilka minut, po czym zajęły się czymś innym.

Ja – matka wtedy jeszcze niewyrodna – trochę byłam rozczarowana. Autka naprawdę były przesłodkie. A oni je po prostu olali.

I wtedy mnie tknęło.
Ameryki po raz drugi nie odkryłam, ale wreszcie dotarło do mnie: oni chyba mają przesyt. Za dużo zabawek, za dużo bodźców, za dużo stymulacji.

Z anielskim spokojem sięgnęłam po telefon, zadzwoniłam do lubego, wyjaśniłam zajście i poprosiłam, żeby podczas naszej nieobecności spakował cały ten zabawkowy kram do pudeł i wstawił do mojego biura.

Luby tak też zrobił.

Po powrocie do Berlina pokój dziecięcy był pusty. Została szafa z ciuchami, materac, regały, fotki na ścianie.

Zero zabawek.
Zero puzzli.
Zero gier.
Zero książek.

Benio wszedł do pokoju, popatrzył i nie powiedział NIC!!!

Ani jednego pytania, gdzie jego zabawki. Byłam w szoku. Nastawiłam się na płacz, wrzaski, dochodzenie, żądania zwrotu itd.
A tu nic.

Na drugi dzień wysłałam chłopaków do stęsknionych abuelos (drugich dziadków), a sama zajęłam się remanentem zabawkowego kramu zgromadzonego w moim biurze.

Grzechotki i wszelki drób, którym chłopcy i tak już się od dawna nie bawili oddałam do pobliskiego przedszkola i żłobka.

Książki i zabawki o wartości bardzo emocjonalnej (dla mnie) zostawiłam. Następnie opróżniłam jedną komodę w moim biurze i zapakowałam do niej to co pozostało:

Szuflada nr 1: puzzle dla małolata
Szuflada numer 2: piłki
Szuflada numer 3: auta
Szuflady: 4,5,6: inne zabawki, których z jakiś tam powodów nie mogłam lub nie chciałam się pozbyć.

Książki dziecięce powędrowały z braku miejsca u mnie, z powrotem do pokoju chłopców, ale na górne półki. Bardziej zzawansowane puzzle i gry do pudeł i wysoko na szafę. Lego do wielkiego pudła po pampersach, które ukryłam w czeluściach szafy Marcela. Klocki drewniane w szafie Benka.

Pokój chłopaków wygląda smutno. Mnie było/jest smutno jak w nim przebywam. Czułam/Czuję się jak wyrodna matka.

Po dwóch dniach bez zabawek Benio zapytał co się z nimi stało. Powiedziałam, zgodnie z prawdą, że część oddałam innym dzieciom, a resztę schowałam.
- A dlaczego schowałaś?
- Bo się nimi bawiliście tylko przez chwilkę, a zabawki lubią, jak dzieci bawią się nimi dłużej.
- A.

- A książki dlaczego są tak wysoko?
- Bo znudziło mi się, że cały czas musiałam je sprzątać.
- A dlaczego musiałaś sprzątać?
- Bo Wy nie chcieliście, a ja nie lubię bałaganu.

Teraz panuje zasada: jedno dziecko = jedna zabawka.
Czy moje drastyczne posunięcie przyniesie oczekiwane rezultaty? Zobaczymy.
Póki co, po 2 tygodniach eksperymentu zauważyłam:

1. Zaoszczędzony czas.
Na ogół kilka razy dziennie sprzątałam i upychałam gdzie się dało wszędobylskie zabawki. Teraz nie ma czego sprzątać, więc odzyskałam ok 10-15 min. dziennie.

2. W niedzielę dałam chłopcom do zabawy plastelinę. Bawili się w swoim pokoju sami przez… 30 minut!!!!! Dla mnie to istny cud, bo choć Marcelowi zdarzało się dłużej czymś zająć, to w przypadku Benka doświadczyłam czegoś takiego po raz pierwszy w życiu.

3. Dzisiaj Benio poprosił o pudełko z puzzlami. Układał je siedząc przy stole przez 35 minut. Nie wstał ani razu. Coś takiego nie zdarzyło się do tej pory NIGDY. Bez ściemy.

4. Marcel wziął kawałek gazety i ZROBIŁ sobie SAM z niej piłkę. Bawił się nią bez przerwy przez 10 min.

Dla mnie sukces, choć przyznaję, że nadal mam więcej wątpliwości niż pewności, że to, co robię jest właściwe.

Pożyjemy, zobaczymy.

piątek, 16 sierpnia 2013

O Nówce i endorfinach

Oj leniłam się.
W kwestii blogowania. Głównie.

W innych też, ale co tam, absolutna szczerość mnie nie obowiązuje, bo zgodnie z zamierzeniem pierwotnym, blog ma być zapisem tego, co mnie uszczęśliwia.

A z tym lenieniem to też nie do końca prawda.

Dzisiejsze przebudzenie i powrót (chyba) na łono blogowego świata jest efektem wyjątkowo intensywnego zastanawiania się.

Zastanawiałam się dziś bowiem nad rzeczami wieloma. Takimi może i wartymi wspomnienia, ale też takimi, które lepiej przemilczeć, bo wstyd się przyznać (nawet przed sobą), że człowiek się nad nimi zastanawia.

Zastanawiałam się między innymi, jak wytłumaczyć (sobie) tę moją blogową przerwę. I naturalnie na pierwszy ogień poszłam po najmniejszej linii oporu przypisując winę wiosenno – letniemu lenistwu.

Czy intensywność blogowania własnego + wpadania na inne blogi + komentowania, jest odwrotnie proporcjonalna do czasu obecności słońca na niebie?
Może jest efektem kompromisów? Albo jakiegoś konformizmu?

Bo przecież pisać byłoby o czym.
Mój świat nie zatrzymał się nagle w miejscu, tylko dalej truchtał sobie w swoim zwyczajowym tempie, czasem podskakując jak czterolatek, a czasem wlokąc się ociężale.

Dalej piekłam ciasta, dalej przestawiałam graty, dalej kleiłam, podróżowałam, pieliłam, organizowałam, pracowałam, słuchałam, obserwowałam, śmiałam się i płakałam. A moja dziatwa dalej produkowała twory, na których pożywiłby się niejeden językoznawca.

Krótko mówiąc materiał do pisania znalazłby się.
Tylko chęci wybrały się na urlop.

Ale chyba właśnie zapowiedziały powrót. Chyba. Bo na razie tak jakoś nieśmiało się czają. No nic, zobaczy się. Jak to ja często powtarzam: będzie co ma być.

A dziś będzie o drobince szczęścia dnia dzisiejszego (drobinek było z pewnością dziś więcej, ale TA była największa).

Otóż wytaszczyłam z piwnicy rower. Pięcioletnia Nówka.

Tak, tak nie pomyliłam się. Zakupiłam to cudo ponad 5 lat temu z zamiarem regularnego ujeżdżania go we wszelkich możliwych celach od rekreacyjnych począwszy, na czystko praktycznych skończywszy. I tak oto złożyło się, że moją pierwszą przejażdżką, była wizyta u mojej pani ginekolog.
Pani ginekolog potwierdziła mi podczas tej pamiętnej wizyty, że jestem w ciąży i choć sport jest generalnie cacy, to niech ja lepiej tę moją Nówkę odstawię na kilka tygodni do piwnicy, tak na wszelki wypadek, żeby się wszystko ładnie uleżało i porządnie zagnieździło. 
No więc ja rower grzecznie zapięłam, kask w rękę i dalejże na metro. Przyszły tatuś przyjechał tegoż dnia po Nówkę i wstawił do piwnicy. I tak sobie bidula czekała w kompletnym zapomnieniu aż po dziś dzień.

Dziś podczas mojej sesji Być-Albo-Nie-Być, przypomniało mi się jak przez mgłę, że ja chyba mam w piwnicy rower i tak oto Nówka ujrzała światło dzienne. Po szybkich pracach konserwacyjnych i kilku próbnych okrążeniach na parkingu (tak, czułam się jak Bambi, który uczy się chodzić), uznałam, że jestem gotowa i udałam się Nówką na wieczorne zakupy.

Rany, jak frajda.
Dobrze, że komarów nie było, bo śmiałam się jak głupi do sera.
Sporo endorfin musiało mi się wydzielić, bo z tej radości, oprócz chleba naszego powszedniego po który pojechałam, spontanicznie zakupiłam części składowe jakiegoś nieziemskiego deseru (jeszcze bliżej niezdefiniowanego), który jutro, jadąc dalej na endorfinach, z pewnością wyprodukuję.