Koniec i początek roku zawsze skłaniają mnie do przemyśleń.
Intensywniejszych niż na co dzień, bo przemyślenia (te głębsze i te całkiem płytkie) są w zasadzie stałym elementem mojej Codzienności.
I tak wczoraj i dziś myślałam - bardzo intensywnie - o wszystkich dobrodziejstwach minionego roku. Oczywiście myśli o niepowodzeniach wdarły się również – z buciorami, bez zaproszenia, ale naładowana pozytywną energią świąt myślałam o nich krótko i bez żalu.
Ale wracając do dobrodziejstw 2013. Zdałam sobie wczoraj sprawę, że było ich całkiem sporo.
Naprawdę mam za co być wdzięczną.
Za rodzinę. Zwyczajną, niedoskonałą, ale moją. Przepełnioną miłością i życzliwością. Bez niej nie byłoby niczego.
Za zdrowie. Chorób było u nas w 2013 dużo. Nawet w samą Wigilię nie obyło się bez wizyty w dyżurującej przychodni. Ale daliśmy radę. Z każdej walki wyszliśmy obronną ręką.
Za pracę. Nie każdy robi to, co naprawdę lubi, co sam sobie wymarzył, a następnie stworzył. Ja póki co mam to szczęście.
Za przyjaciół. Tych, których mam na co dzień i tych, którzy choć oddaleni o setki kilometrów zawsze są... Wystarczy o nich pomyśleć, a nawet najczarniejsze myśli zaczynają szarzeć.
Za nowe odkrycia: nowe pasje, nowe książki, nową muzykę. Myśl, że przede mną stale będzie coś coś nowego jest przerażająco cudowna. Paraliżująca, a za razem szalenie motywująca.
Za nowe znajomości – tak się złożyło, że w tym roku są one wyłącznie blogowe. Nigdy nie przypuszczałabym, że zaledwie w ciągu roku znajdę tyle pokrewnych dusz, które niemalże każdego dnia wirtualnie wzbogacają moją Codzienność.
Za Szczęścio - Terapię. Klepię się niniejszym po plecach. Well done. Dobrze to sobie wymyśliłaś. Założenie bloga przyniosło multum korzyści (zob. chociażby punkt poprzedni :)). A największą jest dla mnie faktycznie fakt, że Szczęścio - Terapia "zmusza mnie" do delektowania się moimi malutkimi Szczęśliwościami. Naprawdę dobra to dla mnie terapia:)
A co przyniesie 2014?
Zdradzę, że nowego bloga. Postanowiłam udokumentować moje organizacyjne szaleństwa i opisywać je na osobnym blogu pod takim właśnie tytułem. Na razie piszę jeszcze "w ukryciu" ale oficjalny start już niebawem.
Co więcej? Nie mam żadnych oczekiwań. Będę przeszczęśliwa, jeżeli 1ego stycznia 2015 będę mogła skopiować i podpisać się pod treścią dzisiejszego posta☺
Gorące wirtualne uściski dla wszystkich czytających (jawnie i po kryjomu :)).
Wasza Ola
środa, 1 stycznia 2014
niedziela, 22 grudnia 2013
O zakichanym zadku zarazków
Zarazki znów postanowiły poużywać sobie na moich maluchach, toteż po raz kolejny zmagamy się z gorączkami, syropami, antybiotykami i całą resztą tej niewesołej ferajny.
Plusem całej sytuacji jest to, że te diabły dopadły nas po przyjeździe do Polski. Tak więc walczymy już z pomocą moich rodziców, co cały proces chorowania znacznie ułatwia.
A jako że dotarła też już siostra, której obecność w cudowny sposób poprawia humor całemu światu, to niestraszne mi chorowanie, a zarazki kopię w myślach w ich zakichany zadek.
Wsparcie na wszystkich frontach. A na poprawę humoru zaległe migawki z przedświątecznych klimatów z Berlina:
Wieniec adwentowy (naturalnie z obowiązkowymi u mnie w tym roku motywami sznurkowymi - tak, fascynacja trwa) w tegorocznym wydaniu nie bardzo mieści się w kategorii "wieńce". Nazwijmy go zatem stroikiem adwentowym.
A na drzwiach pyszni się (a może straszy!) mój tegoroczny projekt adwentowy, czyli wieniec "uwity", a raczej ulepiony z niechcianych bombek moich i teściów. Szkoda było wyrzucić (bombki naturalnie, nie teściów), a taki wieniec chodził za mną od dawna, więc postanowiłam spróbować. A co tam:
Na zakończenie Benulowy wynalazek.
Idziemy z Benkiem drogą. Nagle ja stawiam niefortunnie nogę i ląduję na szacownych 4ech literach.
Ja: (w myślach: XXXXXXXX......XXXXX....XXXX - wiadomo co), a na głos: Chryste Panie, czemu oni tego nie posypią! Benio, poślizgnęłam się, uważaj, musimy iść ostrożniej.
Idziemy dalej. Za jakiś czas ofiarą pada Benek.
Benek: Chryste Panie ale ta droga poślizgniona!
Plusem całej sytuacji jest to, że te diabły dopadły nas po przyjeździe do Polski. Tak więc walczymy już z pomocą moich rodziców, co cały proces chorowania znacznie ułatwia.
A jako że dotarła też już siostra, której obecność w cudowny sposób poprawia humor całemu światu, to niestraszne mi chorowanie, a zarazki kopię w myślach w ich zakichany zadek.
Wsparcie na wszystkich frontach. A na poprawę humoru zaległe migawki z przedświątecznych klimatów z Berlina:
Pierniczki w ilości XXL. Konsumpcja przewidywana do Świąt 2014:
Te, które zmieściły się do słoja, grzecznie sobie lażakują. Resza szczęśliwców została poddana czekoladowej obróbce:
Wieniec adwentowy (naturalnie z obowiązkowymi u mnie w tym roku motywami sznurkowymi - tak, fascynacja trwa) w tegorocznym wydaniu nie bardzo mieści się w kategorii "wieńce". Nazwijmy go zatem stroikiem adwentowym.
W wersji nocnej:
I dziennej:
Biały wianek wiklinowy wisi sobie doczepiony do lampy:
Na zakończenie Benulowy wynalazek.
Idziemy z Benkiem drogą. Nagle ja stawiam niefortunnie nogę i ląduję na szacownych 4ech literach.
Ja: (w myślach: XXXXXXXX......XXXXX....XXXX - wiadomo co), a na głos: Chryste Panie, czemu oni tego nie posypią! Benio, poślizgnęłam się, uważaj, musimy iść ostrożniej.
Idziemy dalej. Za jakiś czas ofiarą pada Benek.
Benek: Chryste Panie ale ta droga poślizgniona!
Dobrej nocy i miłego (i ZDROWEGO) świętowania!
Ola
środa, 18 grudnia 2013
O znienawidzonej trójjęzyczności
Miało być dzisiaj o świętach i dekoracjach, a będzie wołanie o pomoc i post o problemach.
Problemach z trójjęzycznością.
Już od dawna zamierzam o tym napisać, ale brak czasu i niepewność, czy naprawdę chcę o tym pisać, skutecznie mnie powstrzymywały.
Moje dzieci wychowywane są trójjęzycznie.
Ja mówię z nimi po polsku.
Mąż po hiszpańsku.
Mieszkamy w Niemczech i poza domem są w środowisku niemieckojęzycznym.
Większość (choć wcale nie miażdżąca większość) osób, z którymi się stykam, odbiera tę sytuacje jako coś wspaniałego, prezent od losu - bo dzieci w zupełnie naturalny sposób uczą się „na raz” aż trzech języków.
Sama też tak to widziałam. Ostatnio mam jednak spore wątpliwości. Zanim opowiem dlaczego, oto kilka faktów o bohaterze dzisiejszego wpisu - Benku.
Wiek: 5 lat 1 miesiąc.
Sympatyczny nerwus, niesłychanie komunikatywny introwertyk (! Wiem sprzeczność, ale tak jest), miłośnik puzzli, insektów i piłki nożnej.
Znajomość j. polskiego: doskonała, szeroki zasób słownictwa, jak na moje oko lekko wykraczająca ponad przeciętną. Zero problemów z odmianą czasowników, deklinacją, tworzeniem liczby mnogiej. Zna wszystkie litery, dużo sylab, potrafi przeczytać proste wyrazy, dodaje w zakresie „do 10u”.
Znajomość j. hiszpańskiego – jak wyżej.
Znajomość j. niemieckiego – dużo słabsza. Polski i hiszp. zdecydowanie dominują. Benio jest komunikatywny, po niemiecku dogaduje się bez problemu, ale jest to nadal niemiecki typu Kali jeść, Kali pić. Zasób słownictwa ma znacznie bardziej ograniczony. Budowanie l.mn. jest nadal problematyczne, w formach czasownikowych stosuje kalki z polskiego lub hiszpańskiego. Jednocześnie praktycznie z dnia na dzień robi postępy i „przynosi do domu” coraz to nowe słowa, wyrażenia i konstrukcje.
Dodatkowo: Bardzo duży problem z koncentracją (być może w następstwie przebytej w dzieciństwie choroby), wyraźna nadpobudliwość ruchowa (wskazania na ADHD), nadwrażliwość słuchowa, trudności z odnalezieniem się w dużych grupach, niechęć do rysowania, kolorowania, pisania i wycinania.
Tyle tytułem wstępu, a teraz do rzeczy.
Benio - świeżo upieczony pięciolatek miał niedawno obowiązkowe w jego wieku badanie, którego celem było stwierdzenie, czy nadaje się do pójścia od sierpnia 2014 r. do pierwszej klasy (czyli jako 5 i pół latek). Ogólna tendencja w Berlinie to wysyłanie takich dzieci do szkoły, a tzw. Zurückstellung (czyli opcja pozostania w zerówce o rok dłużej) przyznawane jest niechętnie i trzeba o nie powalczyć (ponoć zależne jest to też od dzielnicy!).
My – rodzice, mając na uwadze deficyty w j. niemieckim, niechęć do rysowania i mega problemy z koncentracją, chcieliśmy za wszelką cenę, żeby został w zerówce, w związku z czym wybierając się na badanie zaopatrzyłam się w naprawdę solidne argumenty i cały arsenał świstków popierających pozostawienie go w zerówce.
Co więcej (trochę mi wstyd się przyznać) - na kilka tygodni przed badaniem zrezygnowałam nawet z naszych zwyczajowych ćwiczeń związanych z czytaniem, bo stwierdziłam, że na pewno nie zostawią go w zerówce, gdy zorientują się, że dzieciak zna wszystkie litery, mnóstwo sylab i potrafi przeczytać proste wyrazy.
Jakże się myliłam. Jaką ignorantką się okazałam!
Badanie wypadło fatalnie.
Benek nie zrobił większości zadań.
Z miejsca dostał pozwolenie na pozostanie w zerówce i dodatkowo skierowano go na ergoterapię (cel - poprawa koncentracji) i do logopedy (poprawa znajomości j. niemieckiego).
Mnie zaś dostało się po uszach i to nieźle, a głównie za to, że nie mówimy w domu po Niemiecku!!!
Pani doktor stwierdziła, że w porównaniu z rówieśnikami Benek ma duże braki (mea culpa, ćwiczeń manualnych faktycznie było za mało) i generalnie wyrządzamy mu ogromną krzywdę ograniczając się w domu do naszych języków ojczystych.
Masz babo placek. A raczej masz babo problem.
Metodyka, językoznawstwo i inne nauki, których nazw nie pamiętam sobie, a rzeczywistość sobie.
Pamiętam jak wbijano nam na studiach do łbów, że z dzieckiem zawsze rozmawiamy w j. ojczystym, bo inny model jest sztuczny i wprowadza zamieszanie uniemożliwiając dziecku zdobycie solidnej podstawy językowej, na której opierać się ma nauka kolejnego języka (tu niemieckiego).
Wracałam do domu jak w gorączce. Cała wizja wspaniałej trójjęzyczności zaczęła się sypać. Wszystkie teorie jakoś przybladły w obliczu oskarżeń, wyrzutów sumienia i poczucia winy. Powstrzymywałam się ze wszystkich sił, żeby nie poryczeć się przy młodym.
Załamana zaskypowałam do mamy, żeby jej się wyżalić, i dopiero ona wpadła na oczywisty pomysł, żeby zrobić z nim dokładnie te same ćwiczenia, ale po polsku.
Zrobiłam.
Młody wykonał je w tempie błyskawicznym i praktycznie bezbłędnie. Nawet poszerzony zakres ćwiczeń matematycznych (na badaniu było do 4, ja zrobiłam do 10) nie przysporzył mu żadnych problemów.
Potem podobne ćwiczenia zrobił z mężem po hiszpańsku.
I znów bezbłędnie i bardzo szybko. Zero problemów.
Fakt, zadania związane ze sprawnością manualną wypadły równie źle, bo Benek rzeczywiście ma z tym problem.
Wtedy trochę się uspokoiłam i zaczęłam szukać w internecie doświadczeń rodziców dzieci trójjęzycznych w analogicznej jak nasza sytuacji. Znalazłam bardzo niewiele (większość dotyczy dzieci dwujęzycznych, a to w tej sytuacji naprawdę inna bajka), ale to co do czego dotarłam potwierdziło nasze doświadczenia.
Najwyraźniej trójjęzycznośc postrzegana jest w Niemczech (!!!) przez większość (opieram się tu tylko na osobistych doświadczeniach i relacjach rodziców, do których dotarłam) lekarzy jako PROBLEM!
W UK i USA przykładowo jest (przynajmniej według informacji do których dotarłam) zupełnie inaczej.
W DE dzieci trójjęzyczne poddawane są identycznym testom, jakie wykonują dzieci JEDNOJĘZYCZNE.
Zastanawiam się, jak to możliwe. Nie wiem, jak wygląda i funkcjonuje to od strony fizjologicznej, ale umysł dziecka, które na co dzień styka się z 3 językami MUSI chyba wyglądać i funkcjonować inaczej! No bo jak może być taki sam jak u dziecka jednojęzycznego?
Od czasu badania minęło już kilka tygodni, a ja nadal to wszystko przerabiam.
Zastanawiam się, co zrobić, żeby był wilk syty i owca cała. Z jednej strony chcę pomóc mojemu dziecku i zależy mi na tym, żeby nie miał problemów kulturowo – tożsamościowo –językowych. Z drugiej str. nie wyobrażam sobie przerzucenia się – zgodnie z zaleceniami tutejszych lekarzy – na niemiecki.
W ramach tymczasowego rozwiązania wprowadziłam coś na wzór lekcji niemieckiego. Na co dzień rozmawiamy po polsku, a raz dziennie (ok pół godziny) to nasz czas na niemiecki. Poszerzamy słownictwo nazywając przedmioty, oglądając książki etc. Na razie nie ma sprzeciwu i jakoś to funkcjonuje. Zobaczymy jak będzie dalej.
Czy ktoś z Was ma doświadczenia związane z rozwojem dziecka trójjęzycznego? A może znacie kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś….:)
Dajcie znać…
Pozdr. Ola
Problemach z trójjęzycznością.
Już od dawna zamierzam o tym napisać, ale brak czasu i niepewność, czy naprawdę chcę o tym pisać, skutecznie mnie powstrzymywały.
Moje dzieci wychowywane są trójjęzycznie.
Ja mówię z nimi po polsku.
Mąż po hiszpańsku.
Mieszkamy w Niemczech i poza domem są w środowisku niemieckojęzycznym.
Większość (choć wcale nie miażdżąca większość) osób, z którymi się stykam, odbiera tę sytuacje jako coś wspaniałego, prezent od losu - bo dzieci w zupełnie naturalny sposób uczą się „na raz” aż trzech języków.
Sama też tak to widziałam. Ostatnio mam jednak spore wątpliwości. Zanim opowiem dlaczego, oto kilka faktów o bohaterze dzisiejszego wpisu - Benku.
Wiek: 5 lat 1 miesiąc.
Sympatyczny nerwus, niesłychanie komunikatywny introwertyk (! Wiem sprzeczność, ale tak jest), miłośnik puzzli, insektów i piłki nożnej.
Znajomość j. polskiego: doskonała, szeroki zasób słownictwa, jak na moje oko lekko wykraczająca ponad przeciętną. Zero problemów z odmianą czasowników, deklinacją, tworzeniem liczby mnogiej. Zna wszystkie litery, dużo sylab, potrafi przeczytać proste wyrazy, dodaje w zakresie „do 10u”.
Znajomość j. hiszpańskiego – jak wyżej.
Znajomość j. niemieckiego – dużo słabsza. Polski i hiszp. zdecydowanie dominują. Benio jest komunikatywny, po niemiecku dogaduje się bez problemu, ale jest to nadal niemiecki typu Kali jeść, Kali pić. Zasób słownictwa ma znacznie bardziej ograniczony. Budowanie l.mn. jest nadal problematyczne, w formach czasownikowych stosuje kalki z polskiego lub hiszpańskiego. Jednocześnie praktycznie z dnia na dzień robi postępy i „przynosi do domu” coraz to nowe słowa, wyrażenia i konstrukcje.
Dodatkowo: Bardzo duży problem z koncentracją (być może w następstwie przebytej w dzieciństwie choroby), wyraźna nadpobudliwość ruchowa (wskazania na ADHD), nadwrażliwość słuchowa, trudności z odnalezieniem się w dużych grupach, niechęć do rysowania, kolorowania, pisania i wycinania.
Tyle tytułem wstępu, a teraz do rzeczy.
Benio - świeżo upieczony pięciolatek miał niedawno obowiązkowe w jego wieku badanie, którego celem było stwierdzenie, czy nadaje się do pójścia od sierpnia 2014 r. do pierwszej klasy (czyli jako 5 i pół latek). Ogólna tendencja w Berlinie to wysyłanie takich dzieci do szkoły, a tzw. Zurückstellung (czyli opcja pozostania w zerówce o rok dłużej) przyznawane jest niechętnie i trzeba o nie powalczyć (ponoć zależne jest to też od dzielnicy!).
My – rodzice, mając na uwadze deficyty w j. niemieckim, niechęć do rysowania i mega problemy z koncentracją, chcieliśmy za wszelką cenę, żeby został w zerówce, w związku z czym wybierając się na badanie zaopatrzyłam się w naprawdę solidne argumenty i cały arsenał świstków popierających pozostawienie go w zerówce.
Co więcej (trochę mi wstyd się przyznać) - na kilka tygodni przed badaniem zrezygnowałam nawet z naszych zwyczajowych ćwiczeń związanych z czytaniem, bo stwierdziłam, że na pewno nie zostawią go w zerówce, gdy zorientują się, że dzieciak zna wszystkie litery, mnóstwo sylab i potrafi przeczytać proste wyrazy.
Jakże się myliłam. Jaką ignorantką się okazałam!
Badanie wypadło fatalnie.
Benek nie zrobił większości zadań.
Z miejsca dostał pozwolenie na pozostanie w zerówce i dodatkowo skierowano go na ergoterapię (cel - poprawa koncentracji) i do logopedy (poprawa znajomości j. niemieckiego).
Mnie zaś dostało się po uszach i to nieźle, a głównie za to, że nie mówimy w domu po Niemiecku!!!
Pani doktor stwierdziła, że w porównaniu z rówieśnikami Benek ma duże braki (mea culpa, ćwiczeń manualnych faktycznie było za mało) i generalnie wyrządzamy mu ogromną krzywdę ograniczając się w domu do naszych języków ojczystych.
Masz babo placek. A raczej masz babo problem.
Metodyka, językoznawstwo i inne nauki, których nazw nie pamiętam sobie, a rzeczywistość sobie.
Pamiętam jak wbijano nam na studiach do łbów, że z dzieckiem zawsze rozmawiamy w j. ojczystym, bo inny model jest sztuczny i wprowadza zamieszanie uniemożliwiając dziecku zdobycie solidnej podstawy językowej, na której opierać się ma nauka kolejnego języka (tu niemieckiego).
Wracałam do domu jak w gorączce. Cała wizja wspaniałej trójjęzyczności zaczęła się sypać. Wszystkie teorie jakoś przybladły w obliczu oskarżeń, wyrzutów sumienia i poczucia winy. Powstrzymywałam się ze wszystkich sił, żeby nie poryczeć się przy młodym.
Załamana zaskypowałam do mamy, żeby jej się wyżalić, i dopiero ona wpadła na oczywisty pomysł, żeby zrobić z nim dokładnie te same ćwiczenia, ale po polsku.
Zrobiłam.
Młody wykonał je w tempie błyskawicznym i praktycznie bezbłędnie. Nawet poszerzony zakres ćwiczeń matematycznych (na badaniu było do 4, ja zrobiłam do 10) nie przysporzył mu żadnych problemów.
Potem podobne ćwiczenia zrobił z mężem po hiszpańsku.
I znów bezbłędnie i bardzo szybko. Zero problemów.
Fakt, zadania związane ze sprawnością manualną wypadły równie źle, bo Benek rzeczywiście ma z tym problem.
Wtedy trochę się uspokoiłam i zaczęłam szukać w internecie doświadczeń rodziców dzieci trójjęzycznych w analogicznej jak nasza sytuacji. Znalazłam bardzo niewiele (większość dotyczy dzieci dwujęzycznych, a to w tej sytuacji naprawdę inna bajka), ale to co do czego dotarłam potwierdziło nasze doświadczenia.
Najwyraźniej trójjęzycznośc postrzegana jest w Niemczech (!!!) przez większość (opieram się tu tylko na osobistych doświadczeniach i relacjach rodziców, do których dotarłam) lekarzy jako PROBLEM!
W UK i USA przykładowo jest (przynajmniej według informacji do których dotarłam) zupełnie inaczej.
W DE dzieci trójjęzyczne poddawane są identycznym testom, jakie wykonują dzieci JEDNOJĘZYCZNE.
Zastanawiam się, jak to możliwe. Nie wiem, jak wygląda i funkcjonuje to od strony fizjologicznej, ale umysł dziecka, które na co dzień styka się z 3 językami MUSI chyba wyglądać i funkcjonować inaczej! No bo jak może być taki sam jak u dziecka jednojęzycznego?
Od czasu badania minęło już kilka tygodni, a ja nadal to wszystko przerabiam.
Zastanawiam się, co zrobić, żeby był wilk syty i owca cała. Z jednej strony chcę pomóc mojemu dziecku i zależy mi na tym, żeby nie miał problemów kulturowo – tożsamościowo –językowych. Z drugiej str. nie wyobrażam sobie przerzucenia się – zgodnie z zaleceniami tutejszych lekarzy – na niemiecki.
W ramach tymczasowego rozwiązania wprowadziłam coś na wzór lekcji niemieckiego. Na co dzień rozmawiamy po polsku, a raz dziennie (ok pół godziny) to nasz czas na niemiecki. Poszerzamy słownictwo nazywając przedmioty, oglądając książki etc. Na razie nie ma sprzeciwu i jakoś to funkcjonuje. Zobaczymy jak będzie dalej.
Czy ktoś z Was ma doświadczenia związane z rozwojem dziecka trójjęzycznego? A może znacie kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś….:)
Dajcie znać…
Pozdr. Ola
wtorek, 10 grudnia 2013
O tym, co robiłam, jak mnie nie było
Pojawiam się i znikam, a to znikanie to przez:
a) mój charakter, który to zmiennym jest i raz po raz decyduje (przysięgam, czasem bez mej woli, a czasem nawet wbrew niej!!), że trzeba zająć się czymś innym, wypróbować nowe hobby, poprzestawiać meble lub nawet zrewolucjonizować mieszkanie.
b) jesienno – wczesno zimowe choróbska, które z jakiś powodów bardzo polubiły naszą rodzinę i garną się do nas jak ćma do ognia, czy jakie tam to porównanie jest.
c) Czas, ten okropny czas, który ostatnio nie chce się zatrzymać, tylko żywym galopem leci do przodu bezczelnie lekceważąc prośby, groźby i zaklęcia, jakie każdego dnia wypowiadam, żeby go zatrzymać lub choć trochę spowolnić.
d) Moja dwa małoletnie słońca, które ostatnimi czasy przeżywają chyba rozwojowe burze i w związku z tym są, że tak się wyrażę dość (!) absorbujący.
Ale do rzeczy. Chciałam dziś pokazać, co kradło mi czas na przestrzeni ostatnich tygodni. Otóż była to łazienka.
Jak daleko jest z łazienki do pokoju? W przeciętnych warunkach zapewne rzut beretem. Albo jeszcze bliżej.
W moim jednak przypadku – który to jest tematem dzisiejszego posta - droga była długa. I męcząca.
Dlaczego? Oto wyjaśnienie.
Otóż, nasze M posiadało w momencie jego nabycia 2 łazienki: wielką z prysznicem i mega wanną oraz standardową z toaletą i umywalką.
Nienawykli do takich luksusów, przez pewien czas faktycznie korzystaliśmy z dobrodziejstw posiadania dwóch łazienek. To były czasy… Zero ponaglania wiadomo gdzie, długie (czasem nawet dwuosobowe) kąpiele w wygodnej wannie, osobne umywalki, codzienne prysznice w przestronnej kabinie. Fajnie było.
Niefajne były zdecydowanie rachunki za ogrzewanie wielkiego narożnego pomieszczenia.
Gdy po jakimś czasie zbrzydło nam pławienia się w luksusach, a na horyzoncie pojawił się nowy potomek, stwierdziliśmy, że bardziej niż wielka łazienka przydałby nam się dodatkowy pokój.
I stało się. Po dłuuuugich miesiącach oczekiwania na dogodny moment, zbieraniu funduszy koniecznych na realizację zachcianki, nieudanych eksperymentach z ekipą remontową i ogólnych wzlotach i upadkach udało nam się wreszcie doprowadzić sprawę do końca i z łazienki wyczarować taki oto pokoik:
W założeniu początkowym łazienka przekształcić się miała w sypialnię. Już nawet wstawiliśmy do wyremontowanego pomieszczenia łóżko:
Szybko jednak okazało się, że pomieszczenie jest na sypialnię po prostu za małe. Dlatego postanowiliśmy z łazienki/sypialni zrobić moje biuro, a w dotychczasowym biurze urządzić sypialnię.
A było tak:
Before and after na podsumowanie:
Brakuje jeszcze kilku detali. Zaplanowałam lamberkin na oknie, wymianę mlecznego - łazienkowego szkła na normalne, przejrzyste i kilka innych dekoracyjnych błahostek. Ale to dopiero, jak zdobędę patent na wydłużenie doby. Gdyby któs miał receptę, to uprzejmie proszę o kontakt.
Miłego kolejnego dnia adwentu!
Ola
a) mój charakter, który to zmiennym jest i raz po raz decyduje (przysięgam, czasem bez mej woli, a czasem nawet wbrew niej!!), że trzeba zająć się czymś innym, wypróbować nowe hobby, poprzestawiać meble lub nawet zrewolucjonizować mieszkanie.
b) jesienno – wczesno zimowe choróbska, które z jakiś powodów bardzo polubiły naszą rodzinę i garną się do nas jak ćma do ognia, czy jakie tam to porównanie jest.
c) Czas, ten okropny czas, który ostatnio nie chce się zatrzymać, tylko żywym galopem leci do przodu bezczelnie lekceważąc prośby, groźby i zaklęcia, jakie każdego dnia wypowiadam, żeby go zatrzymać lub choć trochę spowolnić.
d) Moja dwa małoletnie słońca, które ostatnimi czasy przeżywają chyba rozwojowe burze i w związku z tym są, że tak się wyrażę dość (!) absorbujący.
Ale do rzeczy. Chciałam dziś pokazać, co kradło mi czas na przestrzeni ostatnich tygodni. Otóż była to łazienka.
Jak daleko jest z łazienki do pokoju? W przeciętnych warunkach zapewne rzut beretem. Albo jeszcze bliżej.
W moim jednak przypadku – który to jest tematem dzisiejszego posta - droga była długa. I męcząca.
Dlaczego? Oto wyjaśnienie.
Otóż, nasze M posiadało w momencie jego nabycia 2 łazienki: wielką z prysznicem i mega wanną oraz standardową z toaletą i umywalką.
Nienawykli do takich luksusów, przez pewien czas faktycznie korzystaliśmy z dobrodziejstw posiadania dwóch łazienek. To były czasy… Zero ponaglania wiadomo gdzie, długie (czasem nawet dwuosobowe) kąpiele w wygodnej wannie, osobne umywalki, codzienne prysznice w przestronnej kabinie. Fajnie było.
Niefajne były zdecydowanie rachunki za ogrzewanie wielkiego narożnego pomieszczenia.
Gdy po jakimś czasie zbrzydło nam pławienia się w luksusach, a na horyzoncie pojawił się nowy potomek, stwierdziliśmy, że bardziej niż wielka łazienka przydałby nam się dodatkowy pokój.
I stało się. Po dłuuuugich miesiącach oczekiwania na dogodny moment, zbieraniu funduszy koniecznych na realizację zachcianki, nieudanych eksperymentach z ekipą remontową i ogólnych wzlotach i upadkach udało nam się wreszcie doprowadzić sprawę do końca i z łazienki wyczarować taki oto pokoik:
W założeniu początkowym łazienka przekształcić się miała w sypialnię. Już nawet wstawiliśmy do wyremontowanego pomieszczenia łóżko:
Szybko jednak okazało się, że pomieszczenie jest na sypialnię po prostu za małe. Dlatego postanowiliśmy z łazienki/sypialni zrobić moje biuro, a w dotychczasowym biurze urządzić sypialnię.
A było tak:
Before and after na podsumowanie:
Brakuje jeszcze kilku detali. Zaplanowałam lamberkin na oknie, wymianę mlecznego - łazienkowego szkła na normalne, przejrzyste i kilka innych dekoracyjnych błahostek. Ale to dopiero, jak zdobędę patent na wydłużenie doby. Gdyby któs miał receptę, to uprzejmie proszę o kontakt.
Miłego kolejnego dnia adwentu!
Ola
wtorek, 8 października 2013
O banałach i miłości do wikliny
Niby tyle wiosen się już przeżyło, a tu okazuje się, że tylu rzeczy człowiek jeszcze nie robił.
Myśl ta wprawia mnie od kilku dni w nastrój niemalże perfekcyjny i pełen nadziei. Bo jak tu nie cieszyć się, gdy człowiek uświadamia sobie, że ciągle może się czegoś nowego nauczyć, coś nowego zrobić lub coś nowego odkryć.
A to wszystko za sprawą tych maleńkich, niepozornych i zdawać by się mogło mało istotnych zdarzeń, którymi usłane jest życie przeciętnego Kowalskiego/Kowalskiej. Czyli banałów.
Jakiś czas temu usechł mi kwiatek. Pomógł mu w tym aktywnie Latinolover, ale to historia na inny raz. Skutkiem uschnięcia zwolniła się doniczka, która pozbawiona kwiecia prezentowała się smutno i nieciekawie. Postanowiłam ją tedy przerobić i osznurkować. Słowo stało się ciałem i nieciekawy wzór pokryła warstwa ulubionego przeze mnie sznurka. W odnowionej donicy zadomowił się wrzos, który to z jakiegoś nieznanego mi powodu przykuł przy pewnym śniadaniu moją uwagę i nakazał banalnie stwierdzić, że nie taka zła ta jesień, skoro wraz z nią cieszyć można oczęta takimi oto ślicznościami:
Wrzosowa myśl przyśniadaniowa wprawiła w ruch mechanizm kolejnych zdarzeń, znowu banalnych, których suma zaowocowała kolejnymi nowościami i odkryciami utwierdzając mnie w przekonaniu, że nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystko w życiu ma sens.
Ale po kolei, przy kolejnym śniadaniu (!) gdzieś pomiędzy jajkiem na miękko, a kromką z Nutellą wpada sąsiadka z reklamówką gruszek.
Gruszek było za mało na przerób i zasłoikowanie, za dużo na jednorazowe spożycie. Zasiadłam tedy przed laptopem w poszukiwaniu szybkiego i łatwego sposobu ich sensownego zutylizowania.
W ten oto (znowu banalny!) sposób wyczarowałam po raz pierwszy w życiu crumble. I wpadłam w zachwyt, że coś tak prostego może być takie smaczne. Odkrycie mało kolumbowe, ale jakże pozytywne dla kubków smakowych! A jak kubki smakowe są zadowolone, to i w duszy człekowi gra. Przepis na crumble pochodzi z tej strony, z tym, że jak wspomniałam, u mnie podstawą były gruszki, nie maliny. Zdjęć dowodowych nie zdążyłam zrobić, bo crumble się zjadło w całości i od ręki.
Duszowe granie zaowocowało z jakiegoś znowu niezrozumiałego zupełnie powodu myślą zgoła niepowiązaną, mianowicie, że dobrze byłoby wybrać się wreszcie na Flohmarkt. Flohmarkt – targ staroci to atrakcja, którą omijałam z daleka. Jakoś nigdy mnie to nie pociągało.
Do czasu.
Do czasu, gdy eksperymentalnie nastawionej duszy, zachciało się właśnie nawiedzenia pobliskiego Flohmarktu.
Flohmarkt nawiedziłam.
I przepadłam.
Zakochałam się i przewiduję nadchodzące uzależnienie.
Już przy pierwszym razie obkupiłam się obficie, a do domu udałam się tylko dlatego, że nie miałam już miejsca w plecaku plus w obu rękach dzierżyłam wyładowane reklamówki pełne skarbów. Większość rzeczy oczywiście do przeróbki, na którą to już się cieszę!
Ceny też mnie powaliły. Przeciętnie po 1 EUR za rzecz!
Dziś pokazuję pierwszą z nich w serii z cyklu before & after. Filigranowy wiklinowy koszyczek - doniczka, kupiony za całe 30 centów ☺ Pomalowałam zaraz na biało (białomania jest u mnie od zawsze na topie, podobnie jak wiklina) farbą w sprayu i voila:
I jeszcze raz sama lampa:
I jak tu się nie cieszyć?
Myśl ta wprawia mnie od kilku dni w nastrój niemalże perfekcyjny i pełen nadziei. Bo jak tu nie cieszyć się, gdy człowiek uświadamia sobie, że ciągle może się czegoś nowego nauczyć, coś nowego zrobić lub coś nowego odkryć.
A to wszystko za sprawą tych maleńkich, niepozornych i zdawać by się mogło mało istotnych zdarzeń, którymi usłane jest życie przeciętnego Kowalskiego/Kowalskiej. Czyli banałów.
Jakiś czas temu usechł mi kwiatek. Pomógł mu w tym aktywnie Latinolover, ale to historia na inny raz. Skutkiem uschnięcia zwolniła się doniczka, która pozbawiona kwiecia prezentowała się smutno i nieciekawie. Postanowiłam ją tedy przerobić i osznurkować. Słowo stało się ciałem i nieciekawy wzór pokryła warstwa ulubionego przeze mnie sznurka. W odnowionej donicy zadomowił się wrzos, który to z jakiegoś nieznanego mi powodu przykuł przy pewnym śniadaniu moją uwagę i nakazał banalnie stwierdzić, że nie taka zła ta jesień, skoro wraz z nią cieszyć można oczęta takimi oto ślicznościami:
Wrzosowa myśl przyśniadaniowa wprawiła w ruch mechanizm kolejnych zdarzeń, znowu banalnych, których suma zaowocowała kolejnymi nowościami i odkryciami utwierdzając mnie w przekonaniu, że nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystko w życiu ma sens.
Ale po kolei, przy kolejnym śniadaniu (!) gdzieś pomiędzy jajkiem na miękko, a kromką z Nutellą wpada sąsiadka z reklamówką gruszek.
Gruszek było za mało na przerób i zasłoikowanie, za dużo na jednorazowe spożycie. Zasiadłam tedy przed laptopem w poszukiwaniu szybkiego i łatwego sposobu ich sensownego zutylizowania.
W ten oto (znowu banalny!) sposób wyczarowałam po raz pierwszy w życiu crumble. I wpadłam w zachwyt, że coś tak prostego może być takie smaczne. Odkrycie mało kolumbowe, ale jakże pozytywne dla kubków smakowych! A jak kubki smakowe są zadowolone, to i w duszy człekowi gra. Przepis na crumble pochodzi z tej strony, z tym, że jak wspomniałam, u mnie podstawą były gruszki, nie maliny. Zdjęć dowodowych nie zdążyłam zrobić, bo crumble się zjadło w całości i od ręki.
Duszowe granie zaowocowało z jakiegoś znowu niezrozumiałego zupełnie powodu myślą zgoła niepowiązaną, mianowicie, że dobrze byłoby wybrać się wreszcie na Flohmarkt. Flohmarkt – targ staroci to atrakcja, którą omijałam z daleka. Jakoś nigdy mnie to nie pociągało.
Do czasu.
Do czasu, gdy eksperymentalnie nastawionej duszy, zachciało się właśnie nawiedzenia pobliskiego Flohmarktu.
Flohmarkt nawiedziłam.
I przepadłam.
Zakochałam się i przewiduję nadchodzące uzależnienie.
Już przy pierwszym razie obkupiłam się obficie, a do domu udałam się tylko dlatego, że nie miałam już miejsca w plecaku plus w obu rękach dzierżyłam wyładowane reklamówki pełne skarbów. Większość rzeczy oczywiście do przeróbki, na którą to już się cieszę!
Ceny też mnie powaliły. Przeciętnie po 1 EUR za rzecz!
Dziś pokazuję pierwszą z nich w serii z cyklu before & after. Filigranowy wiklinowy koszyczek - doniczka, kupiony za całe 30 centów ☺ Pomalowałam zaraz na biało (białomania jest u mnie od zawsze na topie, podobnie jak wiklina) farbą w sprayu i voila:
Before:
After:
A tu w towarzystwie Ikeowskiej lampy, którą też kiedyś, już daaaaaawno przerobiłam:
I jeszcze raz sama lampa:
I jak tu się nie cieszyć?
Subskrybuj:
Posty (Atom)




