wtorek, 10 grudnia 2013

O tym, co robiłam, jak mnie nie było

Pojawiam się i znikam, a to znikanie to przez:

a)    mój charakter, który to zmiennym jest i raz po raz decyduje (przysięgam, czasem bez mej woli, a czasem nawet wbrew niej!!), że trzeba zająć się czymś innym, wypróbować nowe hobby, poprzestawiać meble lub nawet zrewolucjonizować mieszkanie.

b)   jesienno – wczesno zimowe choróbska, które z jakiś powodów bardzo polubiły naszą rodzinę i garną się do nas jak ćma do ognia, czy jakie tam to porównanie jest.

c)    Czas, ten okropny czas, który ostatnio nie chce się zatrzymać, tylko żywym galopem leci do przodu bezczelnie lekceważąc prośby, groźby i zaklęcia, jakie każdego dnia wypowiadam, żeby go zatrzymać lub choć trochę spowolnić.

d)   Moja dwa małoletnie słońca, które ostatnimi czasy przeżywają chyba rozwojowe burze i w związku z tym są, że tak się wyrażę dość (!) absorbujący.

Ale do rzeczy. Chciałam dziś pokazać, co kradło mi czas na przestrzeni ostatnich tygodni. Otóż była to łazienka.

Jak daleko jest z łazienki do pokoju? W przeciętnych warunkach zapewne rzut beretem. Albo jeszcze bliżej.

W moim jednak przypadku – który to jest tematem dzisiejszego posta - droga była długa. I męcząca.

Dlaczego? Oto wyjaśnienie.

Otóż, nasze M posiadało w momencie jego nabycia 2 łazienki: wielką z prysznicem i mega wanną oraz standardową z toaletą i umywalką.

Nienawykli do takich luksusów, przez pewien czas faktycznie korzystaliśmy z dobrodziejstw posiadania dwóch łazienek. To były czasy… Zero ponaglania wiadomo gdzie, długie (czasem nawet dwuosobowe) kąpiele w wygodnej wannie, osobne umywalki, codzienne prysznice w przestronnej kabinie. Fajnie było.
Niefajne były zdecydowanie rachunki za ogrzewanie wielkiego narożnego pomieszczenia.
Gdy po jakimś czasie zbrzydło nam pławienia się w luksusach, a na horyzoncie pojawił się nowy potomek, stwierdziliśmy, że bardziej niż wielka łazienka przydałby nam się dodatkowy pokój.

I stało się. Po dłuuuugich miesiącach oczekiwania na dogodny moment, zbieraniu funduszy koniecznych na realizację zachcianki, nieudanych eksperymentach z ekipą remontową i ogólnych wzlotach i upadkach udało nam się wreszcie doprowadzić sprawę do końca i z łazienki wyczarować taki oto pokoik:





W założeniu początkowym łazienka przekształcić się miała w sypialnię. Już nawet wstawiliśmy do wyremontowanego pomieszczenia łóżko:




Szybko jednak okazało się, że pomieszczenie jest na sypialnię po prostu za małe. Dlatego postanowiliśmy z łazienki/sypialni zrobić moje biuro, a w dotychczasowym biurze urządzić sypialnię.


A było tak:

 Before and after na podsumowanie:



Brakuje jeszcze kilku detali. Zaplanowałam lamberkin na oknie, wymianę mlecznego - łazienkowego szkła na normalne, przejrzyste i kilka innych dekoracyjnych błahostek. Ale to dopiero, jak zdobędę patent na wydłużenie doby. Gdyby któs miał receptę, to uprzejmie proszę o kontakt.


Miłego kolejnego dnia adwentu!

Ola


6 komentarzy:

  1. Wielkie zmiany!!! Pozytywne oczywiście i gabinecik masz teraz z prawdziwego zdarzenia!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pokój został ochrzczony przez Benka jako "praca mamy" :)))

      Usuń
  2. Olu, jak fajnie CIe czyatć! i widzieć gabinecik:-) Rzeczywiście niedaleko masz do łaźni ;-) W Karkowie była , jest (?), taka knajpa, pierwsza na Kazimierzu ŁAŹNIA - fajnie tam było! U Ciebie pięknie. Przydałaby się mi taka łaźnia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elu, wracam, ale powoli... Mam mega zaległości w czytaniu, więc zmykam poczytać co u Ciebie i innych blogerek :)

      Usuń
    2. Spokojnie, u mnie też jakasik stagnacja...

      Usuń
  3. Sliczne gniazdko sobie "uwiłaś" Oluś!!!! Ekstra! taka pracownia jest nieodzowna, no bo gdzie trzymać te wszystkie przydaise, guziczki, tasiemki, serduszka, taśmy klejące, kleje do przyklejania wszystkiego ze wszystkim, papiery kolorowe i pomponiki, itepe, itede....? Czekam na kolejne odsłony Twojego królestwa:) buziaki!!!

    OdpowiedzUsuń